Zaintrygowała mnie okładka tej książki. Specjalnie nie przeczytałam nawet opisu, aby przed przystąpieniem do lektury zupełnie nie wiedzieć, czego się spodziewać. Czasem tak robię, po prostu zawierzam intuicji, że warto po jakąś książkę sięgnąć. To był właśnie ten przypadek.

Już od pierwszych rozdziałów mamy do czynienia z przejmującą historią. Poznajemy ją z dwóch perspektyw – Nicoli, kilkuletniego chłopca, którego rodziców nie można nawet nazwać nadopiekuńczymi, bo oni po prostu pragną zawłaszczyć sobie dziecko, nie pozostawiając mu absolutnie żadnej przestrzeni na decyzyjność i sprawczość, oraz dorastającej Barbary, która zamiast wychodzić za mąż, marzy o wolności i zdobyciu wykształcenia, co w czasach, gdy rzecz się dzieje, wcale nie było czymś powszechnym. Losy tej dwójki w pewnym momencie splatają się w bardzo smutnych i przerażających okolicznościach.

W ogóle w tej książce autorka nagromadziła wiele strasznych motywów, ale trudno się dziwić, skoro niemal od razu w historii pojawia się trzęsienie ziemi. W takich realiach łatwo o degenerację społeczeństwa – i tak właśnie się tutaj dzieje: ci, którzy mają pomagać, niejednokrotnie stają się oprawcami ofiar. Szczególnie wstrząsnęły mną obrazy gwałtów na ocalałych kobietach, które opłakiwały stratę bliskich – rodziców, mężów, dzieci.

Chyba najgorsze, choć naprawdę wiele wydarzeń walczy tu o to miano, bo autorka bardzo realistycznie odmalowała ludzkie bestialstwo w trudnych czasach, było dla mnie jednak czytanie o relacjach w rodzinie Nicoli, czyli o czymś, co wydarzyło się jeszcze przed trzęsieniem ziemi. To także było bestialstwo, które bardzo odbiło się na psychice małego chłopca, co pokazuje niemal cała opowieść.

Czy są tu happy endy, żeby nie było tak całkiem gorzko? Owszem, ale mocno przyćmione tym wszystkim, co wydarzyło się wcześniej. Zaryzykuję chyba nawet twierdzenie, że w tej książce to nie trzęsienie ziemi było największą ludzką tragedią. Był nią drugi człowiek.

Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Mova.