Po raz pierwszy czytałam tę książkę na studiach polonistycznych. Zachłysnęłam się nią, zachwyciłam. Po latach moje odczucia się nie zmieniły. Czytając historię braci Karamazow, po raz kolejny myślałam o tym, że Dostojewski był nie tylko świetnym pisarzem, ale także genialnym obserwatorem, któremu nieobce były wzloty i upadki „zwykłych śmiertelników”.

Trzej bracia – Alosza, Iwan i Dymitr – są tak różni, że bardziej już chyba nie można się różnić od siebie. Jeden z nich pragnie życia w klasztorze i dążenia do świętości, drugi rozmiłował się w nauce, a jego rozumowe postrzeganie świata zdaje się wykluczać istnienie czegoś po śmierci, natomiast trzeci jest… najbardziej ludzki. To właśnie Dymitr, ten najbardziej narwany z braci, niezdolny do oparcia się pokusom i namiętnościom – według Dostojewskiego – uosabia ówczesną Rosję. Autor dał temu wyraz w mowie oskarżyciela w jednym z ostatnich rozdziałów. To porównanie braci do idei czy prądów, które umiłowali, jest dla mnie wręcz niesamowite. Nie potrafię czytać tego bez uśmiechu wymieszanego ze wzruszeniem – że można aż tak trafnie dobrać słowa.

Myliłby się jednak ten, kto założył, że tylko Dymitrem targają namiętności. Każdy z braci Karamazow ma własne demony, którym nie zawsze potrafią się oprzeć. W ogóle mam wrażenie, że to najbardziej dojrzałe i dopracowane dzieło Dostojewskiego. Świadczą o tym choćby wykreowane przez niego postacie – bo wcale nie jest tak, że jedynie trzech braci zostało tu odmalowanych tak dokładnie. Nawet postaci drugoplanowe (czy trzecioplanowe!) otrzymały  należytą uwagę i są dopieszczone literacko. Dzięki temu czytelnik zatraca się w tej historii, obserwując przekrój całego społeczeństwa ówczesnej Rosji.

To był dla mnie wspaniale spędzony czas. Dobrze zapamiętałam, że właśnie „Bracia Karamazow” byli moim ulubionym dziełem Dostojewskiego. Idąc za ciosem, wkrótce sięgnę po „Zbrodnię i karę”, która czeka na swoją kolej na półce.

Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości wydawnictwa MG.