Nietrudno zachęcić mnie do lektury, gdy na okładce umieści się nazwisko jednego z moich ulubionych ilustratorów – Marcina Minora. Jego kreska jest zresztą dość charakterystyczna, więc i bez tego rozpoznałabym w okładce jego dzieło. A że smocza tematyka też brzmiała dobrze, to bardzo cieszyłam się na tę książkę. Zdążyłyśmy ją już z córą całą przeczytać i niecierpliwie czekamy na więcej!

Wyobraźcie sobie dziewczynę, która ma już plan na wakacje. Bardzo konkretny plan i bardzo wymarzony – chce odwiedzić Japonię, Kraj Kwitnącej Wiśni i… smoków! Wszystko wydaje się być dopięte na ostatni guzik, a tymczasem cały plan bierze w łeb. Ot, zrządzenie losu, pech, fatum – jak zwał, tak zwał. Odwiedziny u dziadka są w takim przypadku raczej mało ekscytującą opcją, a jednak Matylda, główna bohaterka, właśnie tak ma ostatecznie spędzić wolny letni czas.

Powiało nudą? Nic z tych rzeczy! Bo i dziadek okazuje się niesamowicie ciekawą osobą, w dodatku skrywającą jakąś wielką tajemnicę, i ludzie w okolicy wydają się wiedzieć o wiele więcej niż Matylda. Dla czytelnika wraz z kolejnymi rozdziałami poszczególne elementy układanki zaczynają wskakiwać na swoje miejsce, ale do całkowitego rozwikłania zagadki dziadka i miejsca, w którym mieszka, jeszcze daleka droga. Zdradzę tyle, że motyw smoka, mimo nieobecności Japonii, wcale nie został tu pominięty – i świetnie, bo o smokach dobrze się czyta.

Polecam tę książkę dla nieco większych dzieci, ja czytam z niespełna sześciolatką, ale i dzieci w wieku wczesnoszkolnym będą miały dużo radochy, śledząc losy Matyldy i jej bliskich!