Czasem sama jestem zaskoczona książkami, które dla siebie wybieram. Dawniej pewnie trudno byłoby mnie namówić na sięgnięcie po tytuł „Leśna terapia„, zwłaszcza że wciąż tęsknię za miastem, niemniej dość dawno temu przeczytałam o pomyśle, który jednoczenie wydał mi się szalony i interesujący. Chodziło o przytulanie drzew. I tak siedziało to we mnie, w międzyczasie ukończyłam kurs dotyczący zalet chodzenia boso, ale niestety życie i problemy zdrowotne trochę przystopowały moje plany przemierzania świata na bosaka. Gdy zobaczyłam tę książkę, z jej cudowną okładką, to wszystko do mnie wróciło – i cieszę się, że po nią sięgnęłam.

Ujęło mnie już samo rozpoczęcie książki cytatem Wiesława Myśliwskiego. Kto jak kto, ale ten autor potrafi mnie zachwycić nawet jednym zdaniem, choćby wyrwanym z kontekstu. To dla mnie jeden z prawdziwych guru słowa pisanego.

Dalej Agnieszka Antosik snuje własną opowieść o dendroterapii, zabiera czytelnika w sam środek lasu i sprawia, że właśnie tam chciałby się w danej chwili znaleźć. Zastanawiałam się nawet, czy autorka musiała włożyć w to wiele pracy, czy wyszło to niejako przy okazji, bo las dla wielu brzmi jak odskocznia od codziennych obowiązków. A przy takim skojarzeniu łatwiej o odprężenie. Tak czy inaczej – brawa za to, że się udało.

Co ciekawe – w książce najdziemy także polecane przez ludzi praktykujących kąpiele leśne miejsca, w które warto się udać, chcąc znaleźć się w samym sercu lasu i przybić piątkę z Matką Naturą. Podobało mi się także pokazanie, że mieszkanie w mieście wcale nie jest równoznaczne z rezygnacją z lasu.

Jeśli szukacie poradnika lub innej książki, która pochłonie was bez reszty i nie pozwoli się odłożyć na półkę, to być może czeka was rozczarowanie. To nie jest lektura tego rodzaju, przynajmniej dla mnie. Przez tę książkę się płynie, ale po spokojnych wodach, bez gwałtownych uniesień i fal. I bez pośpiechu, bo i po co się spieszyć? Zbyt wiele chwil i tak umyka nam w ten sposób na co dzień.