Do sięgnięcia po tę książkę zachęcił mnie jej opis, bo kto z nas nie czuje się czasem nierozumiany przez społeczeństwo? Mnie ten stan nie jest obcy, więc byłam bardzo ciekawa, co zaproponuje czytelnikom autorka. Nie do końca jednak wiedziałam, czego się spodziewać. I za żadne skarby świata nie spodziewałabym się, że otrzymam taką historię!

Gudu i Gwai, tytułowi bohaterowie, to dwa… stwory, tak chyba najlepiej ich określić. Obaj czują się dziwni, inni, nierozumiani. Gudu sądzi, że nie potrafi rozmawiać z innymi, że jego myśli są skomplikowane i nie umie ich ubrać w słowa. Gwai z kolei ma dużo kompleksów i wciąż stara się być kimś innym niż po prostu sobą. To, co o sobie myślą, sprawia, że nie wychodzą z domów. Nie znają się też, choć mieszkają po sąsiedzku. Pewnego dnia zdarza się coś takiego, że ich ścieżki się przecinają. Gwai pokazuje się w masce, czym wprawia Gudu w przerażenie. A gdy zdejmuje maskę, nie może uwierzyć, że ten nowy nie śmieje się z niego – ba, mówi, że bez maski wygląda dużo lepiej! I mówi to całkiem poważnie. Gudu natomiast dziwi się, że Gwai go rozumie. Dlaczego miałby nie rozumieć?

Ta książka, dość oszczędna w słowach, niesie za sobą szalenie ważne przesłanie – często oceny na temat nas samych są jedynie w naszych głowach. Myślimy o sobie, że jesteśmy do bani, dziwni, niewystarczający, a nikt poza nami w ten sposób nie myśli.

To książka ważna i potrzebna na rynku, pozwalająca polubić siebie, bez żadnych ulepszeń i zmian. Pokazująca, że każdy z nas jest inny, a dzięki temu wyjątkowy. Serio, jest naprawdę dobra i skłaniająca do przemyśleń – o tym, jak wiele krzywdy wyrządzamy sobie samym, oceniając się na każdym kroku i wciąż wymagając od siebie więcej i więcej.

Na pewno będziemy do niej wracać, na pewno będę ją polecała znajomym. Polecam też tutaj, bo warto. Naprawdę warto.