Już patrząc na tytuł tej książki, nie sposób uniknąć skojarzeń z „Małym Księciem”, słusznie zresztą. I choć tytuł sugeruje, że „Mała Księżniczka” może być wersją „dziewczyńską, to w moim odczuciu zupełnie tak nie jest. Tę książkę powinni przeczytać wszyscy: i chłopcy, i dziewczynki, i duzi, i mali. Ja pochłonęłam ją podczas trzech godzin podróży pociągiem po piątej rano. Czytałam i nie mogłam się oderwać. A później jeszcze długo o tej historii myślałam.

Główna bohaterka to dziewczyna, która postanowiła sięgnąć po własne marzenia. Często wraca ona pamięcią do czasów, gdy była dzieckiem, stąd czytelnik wie, że to spełnianie marzeń wcale nie było w jej przypadku takie oczywiste – bliscy bowiem zamiast dodawać skrzydeł, podcinali je. Zostanie pilotką było zatem czymś w rodzaju ucieczki i przeciwstawienia się temu, czego od niej oczekiwano.

Dziewczyna ta, wskutek awarii samolotu, trafia na wyspę, na której spotyka Małą Księżniczkę. Niecodzienna postać opowiada jej o swojej planecie i o tulipanie, który na niej rósł. O tulipanie, który twierdził, że jest jedyny w swoim rodzaju, podczas gdy ona jest zupełnie zwyczajna, i który ranił słowami, stopniowo rujnując poczucie własnej wartości Małej Księżniczki.

W tej książce zawarto tyle ważnych tematów, tyle analogii do codziennego życia wielu kobiet, tyle prób ukazania, jak wchodzą one w stereotypowe role i zachowania, że niejednokrotnie kręciłam głową z niedowierzania. Wielkie brawa dla autorki, która dźwignęła ten niełatwy pomysł inspirowania się dziełem ponadczasowym. Stworzyła coś swojego, co jednocześnie jest podobne i inne od oryginału. Wyszło naprawdę dobrze. Polecam każdemu.