Książki Adriana Bednarka w zasadzie mogę brać w ciemno. Fakt, że jedne podobały mi się bardziej, inne nieco mniej, niemniej autor trzyma poziom i chyba jeszcze żadna z książek jego autorstwa – z tych, po które dotychczas sięgnęłam – nie zawiodła mnie. Z „Dziedzictwem zbrodni” jest podobnie.

W zasadzie tutaj już od pierwszych stron dużo się dzieje i akcja długo nie zwalnia tempa. Poruszył mnie fragment, w którym autor opisał, w jaki sposób Dominik wkroczył do świata zabójców na zlecenie. Aż trudno mi sobie wyobrazić, jak bardzo chorym człowiekiem trzeba być, aby zrobić coś takiego własnemu dziecku.

Zaciekawia też postać Marysi – dziewczyny z „dobrego” domu, który – jak się okazuje – skrywa wiele tajemnic. Niepozorna studentka okazuje się całkiem odważną i pomysłową osóbką, jeśli sytuacja tego wymaga. A sytuacja,  w której się znalazła, gdy ktoś zlecił zabójstwo całej jej rodziny, zdecydowanie tego wymagała.

Wyraziste postacie, niekryształowe, ale dające się lubić (przynajmniej niektóre), wartka akcja i fabuła, którą nie do końca udało mi się przewidzieć – oto przepis na moją kolejną udaną przygodę z twórczością Adriana Bednarka. Czyta się szybko i przyjemnie. Ale o to chyba właśnie chodzi – nie jest to lektura, na której musimy się wybitnie skupić, bo inaczej co parę stron trzeba się cofać, bo człowiek zgubił wątek. Wszystko toczy się płynnie, wzbudzając w czytelniku spore emocje. I dobrze. Między innymi za to lubię książki tego autora.