Był czas, gdy dzień bez sięgnięcia po którąś z książek sióstr Brontë uważałam za stracony. Przyznaję, że to był bardzo dobry czas – wypełniony czytaniem prawie od świtu do nocy, z przerwą na uczestniczenie w zajęciach na studiach. Zresztą na kierunku, na którym dużo się czytało. Później dopadło mnie dorosłe życie, które pogroziło palcem i osadziło mnie w nowych rolach – pracownika, potem żony i mamy. I zapowiedziało, że czasu na czytanie będzie teraz mniej. Miało rację. Teraz niezbyt często mam okazję sięgnąć po książkę o takich gabarytach. Ale choćby czasu było mało, to niekiedy muszę go znaleźć, by wrócić do historii takich jak ta. Inaczej nie byłabym sobą.

„Dziwne losy Jane Eyre” to książka, którą pewnie wielu z was czytało. A nawet jeśli nie, to pewnie o niej słyszeliście. Ja przy pierwszym z nią kontakcie płakałam, w dodatku w miejscu publicznym. Książki sióstr Brontë tak na mnie działają i nie jestem w stanie nic na to poradzić.

Tytułowa Jane Eyre to bohaterka, której życie nie rozpieszcza – śmierć bliskich, odtrącenie przez osobę, która miała się nią zaopiekować, mało wiary w to, że mogłaby się komuś spodobać właśnie taka, jaka jest. Ze wszystkimi swoimi niedostatkami. Idealnie nieidealna. Albo nieidealnie idealna. Kiedy dziewczyna trafia do domu pana Rochestera, czytelnikowi wydaje się, że teraz wszystko zacznie już zmierzać w dobrą stronę. Powoli, w swoim tempie. Nic bardziej mylnego. Los szykuje dla Jane jeszcze niejedną niespodziankę, nie zawsze z gatunku tych miłych.

No właśnie – pan Rochester. Szalenie ciekawa postać. Pamiętam, że kiedyś napisałam o nim tak:

Wszyscy wokół zachwycają się panem Darcy’m. Owszem, pamiętam czas, gdy sama chciałam oddać mu swoje serce, które jednak skończyło w dłoniach Heathcliffa. Tylko o kilka centymetrów minęło się jednak z rękami pana Rochestera – postaci niezwykle wyrazistej, ciekawej, charyzmatycznej.

Do tej pory uśmiecham się, gdy to czytam. Bo nic się nie zmieniło. Czasem dobrze sięgnąć do własnych zapisków sprzed lat i do książek, które się wtedy czytało. Niekiedy okazuje się, że nasz pogląd na daną historię uległ zmianie. Ale bywa i tak, że wszystko jest po staremu. U mnie tak właśnie jest z tą książką, tak jak z „Wichrowymi wzgórzami” i kilkoma innymi opowieściami, które towarzyszą mi co jakiś czas. Tak jest dobrze. I tak już pewnie zostanie. Zdecydowanie polecam tę książkę.