„O krasnoludkach i o sierotce Marysi” to książka, którą mniej lub bardziej pamiętają chyba wszyscy nie tylko z mojego pokolenia, ale także z pokolenia rodziców czy dziadków. Po raz pierwszy utwór został opublikowany w 1896, a więc 125 lat temu! Czy jednak da się zrobić coś, by współczesne dzieciaki, w dobie powszechnego dostępu nie tylko do książek, ale i do technologii, chętnie sięgały po klasykę literatury? Wydawnictwo Gereon tą książką udowodniło, że owszem, i to bardzo dużo.

Tę baśń można wydać tak zupełnie normalnie, tj. format wielkości szkolnego zeszytu, dość drobna czcionka, by z książki nie zrobiła nam się cegiełka, tekst przeplatany od czasu do czasu ilustracjami. Kiedy czytelnik zobaczy takie wydanie na półce w księgarni, w otoczeniu tych wszystkich picturebooków, które niemal krzyczą, by je kupić, istnieją spore szanse na to, że przejdzie obok „Sierotki” obojętnie. A trzeba przyznać, że klasyka lubi być wydawana właśnie w ten przewidywalny i nie zawsze efektowny sposób. Wydawnictwo Gereon postawiło na coś zupełnie innego. Tutaj w oczy rzuca się wszystko – format książki, jej objętość, jakość papieru i okładki, farbowane na intensywny kolor brzegi kartek, no i przede wszystkim ilustracje.

To będzie dość nietypowa recenzja, bo bardziej niż na treści, którą zapewne znacie lub chociaż kojarzycie, chciałabym się skupić na tym, w jakiej podano to formie czytelnikowi. A zrobiono to w taki sposób, że mogą schować się nawet najpiękniejsze picturebooki. Zacznę od tego, że książka jest ciężka – przypomina nieco odręcznie spisaną księgę dzięki oryginalnej barwie i wzorom na kartkach. Czcionka jest spora, a więc będzie ona idealna do samodzielnego czytania dla starszych dzieci, które posiadły już umiejętność czytania i chciałyby ją praktykować, czytając coś wyjątkowego. To idealna książka, by poczytać przy biurku albo by zakopać się z nią pod kołdrą i poczytać przy świetle lampki nocnej. W przypadku wybrania tej drugiej opcji trzeba liczyć się z tym, że momentami może być nieco mrocznie, a to za sprawą ilustracji. Bo trzeba od razu przyznać, że obraz w tej publikacji zachwyca, ale wzbudza także całą paletę różnorodnych emocji, z trwogą włącznie. Ilustracje Alicji Kocurek byłyby idealnym materiałem do przeprowadzenia lekcji na temat tego, jak różne emocje potrafi wzbudzić obraz.

Dodajmy do tego ponadczasowość utworu (z pewnymi wyjątkami, które teraz wzbudziłyby kontrowersje, zaś w czasach, kiedy baśń powstawała, były czymś normalnym), a otrzymamy publikację, która może stać się prawdziwą ozdobą biblioteczki, nie tylko dziecięcej.