„Nie bój się, Dziadku!” to książka, która naprawdę była dla mnie zaskakująca. Początkowo, kiedy jeszcze nie domyśliłam się, jakie niesie przesłanie, poczułam się wręcz wkurzona na tytułowego dziadka i na autora, że przemyca takie treści w książkach dla dzieci, ale z każdą kolejną stroną upewniałam się, że ten zabieg ma jakiś cel, jak się okazało – bardzo czytelny i życiowy.

A co konkretnie na początku było dla mnie oburzające? Wyobraźcie sobie małą króliczkę, która jedzie do dziadków, bo jej mama musi udać się w służbową podróż. I wszystko byłoby dobrze, gdyby dziadek królik… milczał. Ale ma on całkiem sporo do powiedzenia, głównie na temat dziewczyn – że strachliwe, wszystkiego się boją i w ogóle to gdzie one do pomocy mężczyznom, lepiej niech siedzą w kuchni. Przyznacie, że do tego momentu jest… strasznie? Ilość krzywdzących stereotypów sprawiła, że miałam ochotę złapać się za głowę i naprawdę nie wiedziałam, czy czytać z córką dalej… Na szczęście to zrobiłam, bo później dziadek – myśliwy i samiec alfa – weryfikuje swój pogląd na dziewczyny. Okazuje się, że on także może się bać – i to całkiem mocno, a jego wnuczka ma w sobie całkiem sporo mądrości życiowej – takiej trochę z książki, którą czyta, a trochę od siebie.

Budujące jest nie tylko przesłanie, ale także to, że autorem książki jest mężczyzna. Nie chcę szufladkować, bo tego nie lubię, ale raczej jest tak, że książki o tym, że dziewczynki są silne i mogą wszystko, piszą  kobiety, przynajmniej ja na takie tytuły trafiałam. Tutaj za temat wziął się się facet i to naprawdę cieszy.

Czy polecam? Tak, ale warto nie poprzestawać na samej lekturze, tylko potraktować ją jako wstęp do rozmowy na temat tego, że stereotypy mogą krzywdzić, bo choć każdy z nas jest inny, to każdy wyjątkowy, a tę życiową prawdę warto wykładać dzieciom od najmłodszych lat.