Maszę zna chyba większość kilkulatków, sporej części z nich skradła ona zapewne serca, a to ze względu na swój ujmujący styl bycia i zamiłowanie do psot w uroczym wydaniu. Tym razem spotykamy się z Maszą w nieco innych okolicznościach, bo wieczorem, kiedy dziewczynka snuje opowieści różnych lękach, które dopadały dzieci.

Czy te historie rzeczywiście są straszne? W pewnym sensie tak, ale zaletą jest to, że na ich końcu Masza nie zapomina o morałach i pokazuje, że tak naprawdę wiele rzeczy tylko wydaje się straszne, ale wcale takie nie jest, jeśli przyjrzymy się bliżej.

W książce znajdziemy aż dziewięć opowiadań – o strachu przed ciemnością, o zgubieniu się, o lęku przed wodą, jazdą na rowerze, owadami, koszmarami sennymi po komputerowych strzelankach, o byciu małym i o strachu przed… wszystkim. Bohater każdej z tych historii ma swoje lęki, przeżywa przygody z nimi związane, a na końcu przekonuje się, że to wcale nie było takie straszne, jak się wydawało. Tylko jedno opowiadanie mi się nie podobało – to o chłopcu, który bał się wody i zmienił się w świnkę, reszta była dość życiowa i zapewne pomocna dla wielu młodych czytelników, którym ta publikacja pomoże oswoić się z własnymi strachami.

Książka ma prawie sto trzydzieści stron, grubą oprawę, sporą czcionkę i miłe dla oka ilustracje. Moja trzyletnia córka ją polubiła, ale i starsze dzieci znajdą przyjemność w lekturze.

Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości wydawnictwa HarperKids.