Znam już poprzednią część przygód nosorożki Papti, więc domyślałam się, że książka będzie napisana przyjemnie i w sposób zaciekawiający młodego czytelnika. „Papti i góra na horyzoncie” podoba mi się jednak bardziej, bo tym razem akcja toczy się w Ameryce Południowej, do której mam słabość (był nawet czas, gdy planowałam studiować latynoamerykanistykę).

W dżungli, ojczyźnie leniwca Śpiocha, nasza bohaterka poznaje wiele egzotycznych gatunków zwierząt, nie zawsze od pierwszej chwili przyjaznych przybyszom. Ale Papti da sobie radę, bo jeśli pojawia się problem, wystarczy dobrze go poznać, a później wysłać taką „osobę” z problemem na wakacje w odpowiednie miejsce, by ochłonęła, odprężyła się  i poczuła lepiej. Tak, tak – Papti otworzy w dżungli filię swojego biura podróży i będzie wysyłać zwierzęta na wycieczki w różne miejsca, czasem dość oryginalne.  Wszak podróże nie tylko kształcą, ale także relaksują i po prostu cieszą, zwłaszcza jeśli pojedzie się w odpowiednie miejsce, a Papti naprawdę ma do takich spraw nosa. Zresztą w książce mamy na do dowód, bo z każdej wyprawy przychodzi do jej biura widokówka, a na niej wrażenia zwierzaka wysłanego w podróż.

W książce zamieszczono kilka opowiadań, więc można je czytać pojedynczo – my tak robimy, bo tekstu jest dosyć sporo, ale to dobrze, bo ze starszakiem można przeczytać więcej, z młodszym dzieckiem jedną opowieść bez przerywania w trakcie i zastanawiania się, czy zapamiętamy, gdzie skończyliśmy i co działo się wcześniej. Na uwagę zasługują także ilustracje – bardzo kolorowe, estetyczne, miłe dla oka.

Papti da się lubić, a jeśli lubimy bohatera, to istnieją duże szanse, że lektura się spodoba. U nas tak właśnie było.