Przed objęciem tej książki patronatem bloga, zapoznałam się z pierwszymi jej rozdziałami, bo nie miałam pojęcia, czy tematyka giełdy i szybko przelatujących przed oczami cyferek będzie dla mnie, zdeklarowanej humanistki, nie tylko atrakcyjna, ale przede wszystkim zrozumiała. Marek Marcinowski poprowadził jednak fabułę w tak przemyślany sposób, że ta historia wciągnie nawet tych czytelników, którzy tak naprawdę nie mają pojęcia, o co w tej branży chodzi.

Andrew Freshet to mężczyzna skazany na sukces w życiu zawodowym, na co zresztą pracował od najmłodszych lat. Kiedy wkracza w dorosłość, ma nie tylko dużą wiedzę i umiejętności, ale także wielkie ambicje, by piąć się po szczeblach kariery w świecie finansjery. Niestety nie ma nic za darmo, a doba nie rozciąga się, choćbyśmy nie wiem jak tego pragnęli, zatem nasz bohater walczy o lepsze jutro w pracy, ale robi to kosztem czasu spędzanego z rodziną, którą zaniedbuje. Co jednak stanie się, gdy tę pracę, o którą tak zaciekle walczył, straci?

„Wiele do stracenia” to opowieść o tym, że jeśli całkowicie poświęcimy się pracy, to gdy nadejdzie moment otrzeźwienia i uświadomienia sobie, co tak naprawdę jest w życiu ważne, może być już za późno. To historia pokazująca, że wyścig szczurów i pogoń za pieniędzmi nigdy dobrze się nie kończą. Nie mają prawa dobrze się skończyć, bo w życiu chodzi o coś więcej, choć niestety nie zawsze potrafimy sobie to w porę uświadomić

Jest to debiut Marka Marcinowskiego, co podkreślam nie bez powodu – styl autora jest płynny, przyjemny dla czytelnika. Dużo się o debiutach mówi, że bywają różne, często mniej udane niż książki doświadczonych twórców, a „Wiele do stracenia” jest dowodem na to, że tak naprawdę nie ma reguły. Polecam.