Przyszła pora na recenzję drugiego z Oficynkowych kryminałów, które w ostatnim czasie oderwały mnie na chwilę od tego, co czytam na co dzień. „Zaproszenie na śmierć” może nawet na dłużej niż chwilę, bo to jedna z tych książek, których nie czyta się jakoś specjalnie szybko, jeśli się chce zrozumieć, o co chodzi.

Sięgając po tę książkę, nie wiedziałam, że jest ona częścią serii połączonej osobą głównego bohatera – Daniela Junga. A kiedy o tym przeczytałam, zastanawiałam się, czy nieznajomość poprzednich części wpłynie lekturę tej książki, ale niczego takiego nie zauważyłam.

W domu profesora jednego z uniwersytetów ginie gosposia. Gospodarz to człowiek, który wielu osobom mógł zajść za skórę, bo mimo swojego wykształcenia, zajmowanego stanowiska i osiągnięć naukowych daleko mu do ideału. To zrozumiałam już na początku, kiedy przytoczono scenę, jak jeden z doktorów przyłapał go z sekretarką w sytuacji niepozostawiającej zbyt wiele miejsca wyobraźni. A skoro jest trup, musi być i dochodzenie. W śledztwo angażuje się były policjant, obecnie pracujący w zupełnie innym zawodzie. I tu zaczyna się robić ciekawie…

Tę książkę czyta się dobrze, ale… powoli. Takie przynajmniej są moje doświadczenia, bo chcąc się połapać, kto jest kim i jaką pełni tu rolę, musiałam mocno skupić się na lekturze. Bo tych postaci było po prostu dużo. I uczciwie przyznaję, że podczas lektury robiłam sobie przerwy na sięgnięcie po coś innego, dlatego recenzja powstaje dopiero teraz. Ale ostatecznie mogę powiedzieć, że mi się podobało, choć nie wszystkie postaci czy wątki wydawały mi się atrakcyjne. Dla mnie nie jest to must have biblioteczki, ale też na pewno nie napiszę, że straciłam czas, sięgając po tę książkę.