Czytałam pierwszą część „Małego Licha”. Byłam tą książką zauroczona, zresztą nie tylko ja, bo obie części zostały nagrodzone w prestiżowych plebiscytach. Nie ulega wątpliwości, że Marta Kisiel pisać potrafi i to nie przechodzi bez echa. I bardzo dobrze, bo im więcej takich książek, tym lepiej!

Po raz kolejny spotykamy tutaj się z Małym Lichem i Bożydarem. Zaczęły się wakacje, a to przecież czas przygód, więc nic dziwnego, że Licho również pragnie przeżyć coś wyjątkowego, wszak do tej pory miało pecha i wszelkie przygody je omijały – przynajmniej samo tak twierdzi. Okazja trafia się nie byle jaka, bo oto przed naszymi bohaterami wyprawa do ciotki Ody. A tam czeka na nich wiele atrakcji, to w końcu wakacje.

Bardzo podoba mi się też zaznaczenie, że przejście w szkole na piętro, kiedy kończy się edukacja wczesnoszkolna i przeskakuje się etap (i piętro) wyżej, może budzić u dzieci nie tylko ciekawość, ale także niepewność. To takie ludzkie, życiowe i choć może nie był to motyw przewodni, to jednak zwróciłam na niego uwagę.

Styl autorki zachwyca. Nie przesadzam, ani trochę. Nie chodzi nawet o to, że jest poprawny (chociaż jest), przede wszystkim Marta Kisiel potrafi tak poprowadzić czytelnika przez lekturę, żeby nie mógł się od niej oderwać, a momentami wybuchał śmiechem – znów nie przesadzam. Całości uroku dodają czarno-białe ilustracje Pauliny Wyrt.

Dla mnie seria o Małym Lichu to taki pewniak, który spodoba się większości starszych dzieci, więc można brać w ciemno. To też seria, która może zachęcić do czytania te dzieciaki, które niespecjalnie to lubią. Tutaj fantastyka miesza się z rzeczywistością w taki sposób, że czytelnik przebiera nogami, oczekując kolejnych części! Bo mam nadzieję, że te powstaną!