To nie jest moje pierwsze spotkanie z twórczością Agnieszki Kaźmierczyk, więc z góry zakładałam, że ta książka mnie nie zawiedzie, zwłaszcza że tematyka zapowiadała się naprawdę dobrze, intrygowała. I mając porównanie z poprzednią książką autorki, stwierdzam, że choć podobają mi się obie, to „Klątwa sióstr” bardziej.

Po raz kolejny mamy tutaj to, za co cenię pomysły Agnieszki Kaźmierczyk – nawiązanie do mitologii słowiańskiej, ale w sposób wyważony, upiory nie atakują czytelnika z każdej strony, za to tworzą niepowtarzalny klimat i uatrakcyjniają fabułę. Bo w tej książce dzieje się dużo i trudno znaleźć dobry moment na przerwanie czytania i odłożenie publikacji na półkę.

Basia i Klara to bliźniaczki, którym jednak daleko do zwyczajnych nastolatek. Każda z nich posiada bowiem trudny do wytłumaczenia dar (a może przekleństwo?), o którym wiedzą jedynie najbliżsi. Kiedy dziewczęta poznają prawdę o swoim poczęciu, postanawiają za wszelką cenę dowiedzieć się czegoś więcej o własnym ojcu. To uruchamia lawinę zdarzeń, których nie będą mogły już zatrzymać…

Ale dla mnie ta opowieść to nie tylko zgrabnie napisana historia o rzeczach i zjawiskach nadprzyrodzonych, o tym, co trudno objąć rozumem. To także piękny dowód na to, na jak wiele wyrzeczeń gotowa jest matczyna miłość, by chronić dzieci. Przesłanie, które rzuciło mi się w oczy, także jest budujące – na miłość, także tę w namiętnym wydaniu, nigdy nie jest za późno, bez względu na wiek i bagaż doświadczeń.

Lubię styl autorki i jej pomysły, bo w tej książce widać powiew świeżości i ciekawe połączenie obyczajówki z nutą fantastyki, dzięki czemu grono osób, którym może się ona spodobać, jest szerokie.

Polecam na chłodne jesienne wieczory i nie tylko – na każdy inny dzień, jeśli chcecie się oderwać od rzeczywistości i poznać intrygującą historię wyjątkowych sióstr oraz ich matki.