Czytając poprzednią książkę Małgorzaty Manelskiej, dałam się porwać Mazurom, chłonęłam ten klimat i piękną, wzruszającą, momentami wyciskającą łzy z oczu historię. Po cichu liczyłam, że tym razem będzie podobnie, może nawet lepiej, bo przecież apetyt rośnie w miarę jedzenia – i tak jest także w przypadku mnie jako czytelnika. Nie zawiodłam się, zdecydowanie, bo „Tam, gdzie bzy sięgają nieba” to opowieść, która chwyta za serce i jeszcze długo po odłożeniu książki na półkę, nie chce opuścić myśli i zrobić w głowie miejsca na przygody kolejnych bohaterów.

Tak jak poprzednio, tak i tym razem powieść toczy się na dwóch płaszczyznach czasowych – współcześnie i w połowie lat czterdziestych XX w., kiedy wojna dobiegała końca, co bynajmniej nie oznaczało, że kończą się też kłopoty mazurskiej ludności.

Kalina, jedna z głównych bohaterek, samotnie wychowuje córkę, starając się jakoś zapewnić jej godne warunki, co w niewielkiej miejscowości wcale nie jest proste, bo o pracę trudno. Zwłaszcza jeśli przez lata pracowało się w obcym kraju w innym niż wyuczonym zawodzie. Powrót do Polski okazuje się niełatwy, jednak Kalinie w końcu udaje się znaleźć zatrudnienie. Kiedy na jej drodze pojawia się Ksawery, mężczyzna samotnie wychowujący dorastającą córkę, kobieta boi się mu zaufać, nie jest pewna, czy może pozwolić mu się do siebie zbliżyć. Sprawy nie ułatwiają także trudne relacje z matką, która uważa, że Kalina powinna skupić się na wychowywaniu dziecka, a nie na chodzeniu na randki. Czy doświadczeni przez los bohaterowie dadzą sobie szansę na szczęście i czy je odnajdą – razem bądź osobno – tego dowiecie się już z książki, nie chcę zdradzać zbyt wiele z fabuły. Ale zdradzę jeszcze, że ta druga płaszczyzna czasowa, ta odległa od czasów nam współczesnych, jest w moim odczuciu jeszcze bardziej przejmująca. To właśnie przy niej z moich oczu popłynęły łzy, choć zdarza mi się to rzadko. Małgorzata Manelska mocno doświadczyła bohaterów, rozdzielając ich na lata, ale choć wszystko we mnie buntowało się przeciwko takim wydarzeniom, nie winię autorki – ona po prostu świetnie oddała klimat tamtych lat i tego, co stało się w Małdze, niewielkiej osadzie, będącej obecnie rezerwatem.

Uwielbiam w twórczości Małgorzaty Manelskiej to, że nawiązuje w swoich książkach do prawdziwych miejsc i wydarzeń. Że oprowadza czytelnika krok po kroku po tym, co wydarzyło się kilkadziesiąt lat temu, że upamiętnia to wszystko, daje świadectwo i jednocześnie przestrogę, bo to przecież ludzie ludziom zgotowali ten los.

Polecam, zdecydowanie polecam i czekam niecierpliwie na kolejną książkę autorki, po którą sięgnę z przyjemnością!