Twórczość Dominiki Smoleń nie jest mi obca. Nie znam co prawda wszystkich jej książek  – bo tych jest już kilka – niemniej parę czytałam, więc mam porównanie i stwierdzam, że „Candy” jest najlepszą z nich, także najlepiej napisaną.

Maja to młoda dziennikarka, nieco zahukana, trochę nieśmiała – typ szarej myszki, która niespecjalnie lubi się wychylać. Przynajmniej takie wrażenie sprawia na początku książki. Pewnego dnia zostaje wysłana z pracy na koncert popularnego rapera Zeta, by przeprowadzić z nim wywiad. Chłopak robi na niej wrażenie, jednak dziewczyna ma świadomość, że ktoś taki jak ona raczej nie zawróci w głowie komuś, kto co noc może mieć inną kobietę. Zet także się tego nie spodziewa, a jednak choć po kilku spędzonych razem godzinach ich drogi się rozchodzą, nie potrafi wyrzucić uroczej dziennikarki z głowy.

Maja, mieszkająca dotąd na Śląsku, traci posadę w tamtejszej redakcji i przenosi się do Warszawy. To szansa na odnowienie kontaktu z Zetem, ale czy dziewczyna naprawdę tego chce? Nie zdąży się nad tym zastanowić, bo przypadek zdecyduje za nią, a później akcja nabierze tempa i będzie działo się sporo, włącznie z intrygami ze strony bliskich osób i niedopowiedzeniami, które będą niosły za sobą poważne konsekwencje.

Książkę czyta się naprawdę szybko. Jeśli ktoś późno chodzi spać, zapewne nie odłoży jej na półkę, póki nie dobrnie do końca. To w moim odczuciu trochę literatura kobieca, trochę młodzieżowa, a taka mieszanka zdecydowanie poszerza grono docelowych czytelników, którym ta opowieść może się spodobać. Mnie się podoba, choć czasem nie rozumiałam zachowań bohaterów, innym razem miałam wręcz ochotę nimi potrząsnąć. Ale to dobrze – o to chodzi w książkach, by wzbudzały emocje, a nie tylko odzwierciedlały nasze myśli i przekonania.

Jeśli lubicie lekkie i przyjemne pióro oraz wątki miłosne, sięgnijcie po „Candy”. Istnieje spora szansa, że wam się spodoba.