O serii z Dunią w roli głównej słyszałam dużo dobrego już dawno temu. Jedną z części o Duni nasi przedszkolni absolwenci otrzymali jako prezent na dalszą ścieżkę edukacji. W końcu sama sięgnęłam po książkę Rose Lagercrantz, a kiedy ja wzięłam w ręce „Lepsza miłość niż brak miłości”, moja prawie trzyletnia córa poprosiła, żebym czytała na głos. Tym sposobem przeczytałyśmy… 14o stron. Córka chciała zresztą więcej, ale mi wysiadło już gardło, więc dokończyłyśmy następnego dnia. Fakt, czytamy od zawsze i dość dużo, ale to jest zdecydowanie najdłuższe czytanie, jakie do tej pory było naszym udziałem. A to już trochę mówi o tym, że książka wciąga.

Frida tęskni za swoją przyjaciółką Dunią, z którą kontakt osłabł po przeprowadzce. Dużo o niej myśli, ale… nikt nie wie, gdzie aktualnie podziewa się Dunia. Frida postanawia zatem napisać list, w którym wyjaśnia, jak wygląda jej przyjaciółka, schować go w butelce i wysłać go tam, gdzie butelkę poniesie morze. Chce w ten sposób odnaleźć Dunię, bo może ten, do kogo trafi list, rozpozna dziewczynkę?

A Dunia? Długo chorowała, poważnie, nawet w szpitalu, przez co nie zdołała pogodzić swojego taty z jego narzeczoną. Nic jednak straconego, Dunia to rezolutna bohaterka – tak prowadzi rozmowę przy szpitalnym łóżku, że… doprowadza do oświadczyn! A później wszystko dzieje się już szybko – wyjazd do Włoch, ślub i kolejne ciekawe wydarzenia, w których przyjdzie uczestniczyć naszej bohaterce.

Czcionka jest duża, więc starsze dziecko z powodzeniem może czytać samo. Ilustracji nie brakuje, choć te są czarno-białe, ale to w przypadku tej konkretnej książki jakoś mi nie przeszkadza, bo i tak jest pięknie – wykonała je Eva Eriksson. Tłumaczenia zaś podjęła się Marta Dybula.

To siódma część tej wdzięcznej serii. Na pewno plusem jest to, że nie znając poprzednich, można sięgnąć po tę i nic nam nie umknie. Poprzednie zresztą pewnie też nabędziemy, bo bardzo się mi – i mojej córze najwyraźniej też – podobało. Polecam!