Kiedy pojawiła się propozycja objęcia patronatem tej książki, byłam zaciekawiona, co też kryje się za tą krzykliwą, przykuwającą wzrok okładką. O Ewie Pirce coś już słyszałam, ale nigdy wcześniej nie czytałam żadnej z jej książek. Wiedziałam, że w przypadku tej konkretnej mogę liczyć na dużą dawkę poczucia humoru, co zapowiadał sam opis, ale  zanim zaczęłam czytać, nie spodziewałam się, że będzie go aż tyle i to w tak oryginalnym wydaniu!

Co to była za lektura! I jeśli mam być szczera, to naprawdę nie sądziłam, że spodoba mi się aż tak. W sumie to dalej trochę nie dowierzam, że to piszę, bo na co dzień sięgam raczej po inny typ książek, a Monika, główna bohaterka „Debeściary”, raczej odbiega od postaci, które zazwyczaj obdarzam sympatią. Coś jednak ma ta dziewczyna w sobie takiego, że nie da się jej nie lubić, a już na pewno nie sposób przejść obok niej obojętnie. Przekonuje się o tym także Julian, klasyczny bogaty i nieco zmanierowany mężczyzna, który poznawszy Monikę, musi zapomnieć o tym, że jest poważnym biznesmenem. Przy Monice po prostu nie da się nim być.

Czego ta dziewczyna nie wymyśli! Jej „lekki” styl bycia jest niczym w porównaniu do tekstów, jakimi rzuca, nierzadko przekręcając słowa lub niekoniecznie orientując się w ich znaczeniu. Głuptasek? Typowa blondynka z kawałów? Te określenia zupełnie nie odpowiadają skali tego zjawiska u bohaterki wykreowanej przez Ewę Pirce. Tutaj jedna zabawna sytuacja goni kolejną i tak aż do końca książki, stąd zdecydowanie można ją określić mianem lektury, którą czyta się w naprawdę ekspresowym tempie. Mnogość tych zabawnych zdarzeń z jej udziałem co prawda wywołuje u czytelnika wrażenie, że to wszystko jest mało prawdopodobne i stworzone na potrzeby książki, ale… to w niczym nie przeszkadza, nie w tym konkretnym przypadku. Zresztą w tej szalonej dziewczynie i jej poczynaniach można dopatrzyć się także pozytywów – na przykład takich, że poważny i zmanierowany gość odnajduje nagle w sobie wewnętrzne dziecko i odkrywa, że stać go na odrobinę szaleństwa.

Nie wiem, być może w tych trudnych czasach, gdy w mediach przeważają smutne i przejmujące treści, którymi jesteśmy zewsząd bombardowani, potrzebowałam właśnie takiej lektury – lekkiej, zabawnej, takiej do pośmiania się. I to dosłownie, bo ja naprawdę wybuchałam śmiechem podczas czytania! Odradzam natomiast czytanie, gdy dziecię dopiero co usnęło na twoim ramieniu – niekontrolowane wybuchy śmiechu wybudzają, sprawdzone info.

Tak więc gwoli podsumowania – liczyłam na lekkie i przyjemne czytadło, w którym nie brakuje poczucia humoru. Dostałam to aż z nawiązką, więc jeśli czujecie, że potrzebujecie właśnie takiej książki – „Debeściara” się poleca, nie zawiedziecie się.