Smerfów chyba nikomu specjalnie przedstawiać nie trzeba. Sympatyczne niebieskie stwory lubiłam ja, kiedy byłam dzieckiem, lubi je także moja córa, więc to już kolejne pokolenie, które poznaje smerfie przygody. Komiksy to u nas wciąż jeszcze rzadkość, bo moje dziecię nie ma jeszcze nawet trzech lat, niemniej od czasu do czasu po nie sięgamy, zwłaszcza jeśli występują w nich znane i lubiane postaci, na przykład Smerfy. Czasem przeczytamy całą historią na raz, innym razem dawkujemy ją sobie i wracamy po jakimś czasie, w zależności od tego, czy coś utrzyma zainteresowanie mojego dziecka.

„Awantura w wiosce Smerfów” to komiks, przy którym… można połamać sobie język! Nie żartuję, ilość smerfnych słów w tej części serii komiksów jest mniej więcej na poziomie wierszyka Brzechwy o chrząszczu ze Szczebrzeszyna. Ale to wbrew pozorom jest fajne, bo do lektury wkrada się element zabawy i dobrego humoru. Pomyłki są kwitowane śmiechem dziecka, co od razu wyzwala dobrą energię.

A trudne słowa biorą się z kłótni Smerfów, gdyż okazuje się, że Smerfy z północnej i południowej części wioski mówią inaczej, co prowadzi do wielu sprzeczek i nieporozumień. Sytuacja staje się na tyle poważna, że Papa Smerf musi sięgnąć po pomoc… Gargamela! W moim odczuciu sporo tutaj zaskakujących elementów i propozycji rozwiązań sporu, co wpływa na atrakcyjność historii.

Pod wzgledem graficznym jest dla mnie okej, co prawda małe literki w dymkach czytam jedynie w okularach, ale tak jest w większości komiksów, gdzie na niewielkiej przestrzeni trzeba zmieścić całkiem sporo tekstu.

Jeśli ktoś lubi komiksy i Smerfy, będzie zadowolony. Nam także się podobało.

Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Egmont.