Istnieją książki, które nie przyciągają wcale okładką, nie krzyczą do nas z księgarnianych półek, a jednak wystarczy zajrzeć do środka i przeczytać pierwszą stronę, by poczuć się zaintrygowanym. Tak właśnie jest z „Pułapką rajskiej wyspy”.

Co konkretnie intryguje? Tajemnica. W tej książce od pierwszych jej stron mamy do czynienia z jakimś sekretem, który skrywa główny bohater, a kolejne rozdziały powoli przybliżają nas do rozwikłania tej zagadki. Marcina poznajemy, gdy ma złożyć zeznania na posterunku, cały poobijany i obolały. Wiemy, że ciążą na nim poważne zarzuty, ale nie mamy pojęcia, czego dotyczą. A zaczyna się naprawdę ciekawie, bo Marcin zostaje nagle zwolniony z pracy, rzuca go dziewczyna i odwracają się od niego przyjaciele. Nasz bohater postanawia zatem uciec za granicę do pracy przy sprzątaniu domków na jednej z pięknych wysp, a że dzięki poprzedniej pracy dobrze włada językiem niemieckim, nie ma problemów ze znalezieniem zatrudnienia. Tyle że my wciąż nie wiemy, co takiego się wydarzyło w jego życiu, że podjął próbę ucieczki przed wymiarem sprawiedliwości. Dostajemy jedynie przesłanki wskazujące na to, że coś jednak jest nie tak – jego myśli biegną czasami w dziwnym kierunku, po zapijaniu smutków w hotelu budzi się z zakrwawioną głową, a my dowiadujemy się, że nie jest to pierwszy raz, gdy mężczyzna zrobił sobie krzywdę. Coś jest na rzeczy, ale co dokładnie? Ta tajemnica wciąga, byłam ciekawa, co wydarzyło się wcześniej, ale na wyjaśnienia musiałam poczekać.

Drugi interesujący wątek to praca na obczyźnie – umowy, które niewiele mają wspólnego z ustaleniami poczynionymi jeszcze w kraju, róźni ludzie skupieni w jednym miejscu, czasem tworzący prawdziwą mieszankę wybuchową, dużo podejrzeń i domysłów, kradzieże i całe mnóstwo innych drobnych spraw, które składają się na niełatwe życie na emigracji. Marcinowi wydaje się, że przechytrzył wszystkich, z wymiarem sprawiedliwości włącznie, ale… no właśnie, „wydaje się” jest w tym przypadku istotne.

Tym, co mi przeszkadzało, był brak przypisów dolnych w momentach, gdy pojawiały się zdania po niemiecku. Być może nie były one jakoś wybitnie skomplikowane, ale jako kompletny laik wolałabym posiłkować się tłumaczeniem niż wnioskować na podstawie kontekstu. Na szczęście nie było to na tyle problematyczne, by utrudniać zrozumienie fabuły.

Książka ciekawa właśnie przez tę tajemnicę, o której wiadomo już od pierwszych stron. To właśnie ona napędzała akcję i domysły czytelnika. Lekura jest dość krótka, czyta się ją szybko, w zasadzie wystarczy kilka godzin, a wiem, że wiele osób takie czytadła właśnie lubi – odciągające na chwilę myśli od spraw codziennych i skupiające je na próbie rozwikłania książkowej zagadki.