Serię książeczek o sympatycznym Pompiku i jego żubrzej rodzince znamy już z córą bardzo dobrze.  Zosia dość często sięga po konkretne części, po jedne częściej, po inne rzadziej, a że nie są to lektury długie, to Pompik towarzyszył nam już niejednokrotnie także w podróży czy w miejscach, w których musiałyśmy czekać, tj. we wszelkiego rodzaju kolejkach. Tak było w czasach, gdy jeszcze z córą namiętnie podróżowałyśmy komunikacją publiczną, teraz z oczywistych względów sytuacja się zmieniła, niemniej o żubrach odwiedzających pszczególne parki nardowe wciąż czytamy.

I właśnie z tych wizyt w różnych parkach narodowych do tej pory kojarzyłyśmy Pompika. Tymczasem „Żubr Pompik. Tropy na śniegu” to lektura trochę inna, a przez to na początku nawet ciekawsza – wszak bohater znajomy i lubiany, ale opowieści z jego udziałem zupełnie inne. Bo w tej książce Pompik… dopiero przychodzi na świat! Pomruk nie może się tego doczekać, Porada – jak to ona – czeka na to wielkie wydarzenie ze spokojem. A kiedy już mały żuberek pojawia się na świecie, odkrywa, że ten pełen jest różnych przygód, które zdają się go szukać.

W publikacji tej znajdziemy kilka krótkich historii, w których Pompik poznaje otaczający go świat. W jednej szykuje się do snu zimowego, jak inne zwierzęta, nieświadomy faktu, że nie każdy w niego zapada, w innnej – skądinąd mojej ulubionej – ratuje Pomruka przed wielką wichurą, bo Pomruk jak to Pomruk, czasem jest zajęty podziwianiem tego, jaki wielki i wspaniały z niego żubr, by dostrzec niebezpieczeństwo 🙂

Ilustracje, a raczej ich styl jest nam już dobrze znany, lubimy Pompika, także pod względem graficznym. W przypadku tej książki warto zaznaczyć, że jej format jest nieco większy od całej serii o parkach narodowych, a oprawa jest gruba, zatem nie zniszczy się tak łatwo. To dodatkowa zaleta.

Jak w przypadku całej serii o Pompiku – polecamy, u nas sprawdza się bardzo fajnie. Czytamy jego przygody już od dość dawna i nie nudzą się nam.