Dawno nie sięgałam po klasykę. Na swoją obronę mam jedynie to, że czas i natłok obowiązków na to nie pozwalały, ale teraz, świeżo po lekturze „Dobrych żon”, wiem, że to się zmieni. Na pierwszy ogień pójdą „Wichrowe Wzgórza”, które po prostu muszę przeczytać raz na jakieś kilka lat, Louisa May Alcott przypomniała mi, że ten czas właśnie nadszedł.

Bo mnie z klasyką jest bardzo po drodze, przekonuję się o tym za każdym razem, gdy po nią sięgam. Tym razem sięgałam z podwójną przyjemnością, bo radował się nie tylko mój umysł, ale także oczy, wszak Wydawnictwo MG pokusiło się o bardzo efektowne wydanie ilustrowane – niesamowicie gustowne, idealne na prezent, nie tylko ślubny, na co wskazywałby tytuł.

„Dobre żony” to kontynuacja powieści „Małe kobietki” (też tak pięknie je wydano!). Minęło kilka dobrych lat, a nasze bohaterki, choć starsze, stawiane w nowych sytuacjach i spełniające się w nowych rolach, nie straciły nic ze swojego uroku. Każda inna, każda wyjątkowa, niepowtażalna. Za kreację postaci autorce należy się piątka z plusem. W tej książce nie mogło zabraknąć miejsca na miłość, na różne jej oblicza, a to temat, który ujmuje mnie za każdym razem. W końcu to uczucie tak nieokiełznane, tak nieprzewidywalne, że dopada nas nawet wtedy, kiedy próbujemy przed nim uciec – i o tym także tutaj będzie. Ale nie tylko, bo autorka odmalowuje w duszy czytelnika całą paletę różnych emocji, każąc mu się zmierzyć także z trudnymi tematami, nawet ze śmiercią.

To właśnie ta różnorodność, także charakterów, w połączeniu z rozkoszną idyllicznością, której ja osobiście nie potrafię się oprzeć, i z nieco moralizatorskim wydźwiękiem, sprawiła, że zatraciłam się w tej lekturze, dodam, że bardzo obszernej, szukając czasu na czytanie tam, gdzie pozornie zdawało się go nie być. Chciwie kradłam chwile codziennym czynnościom, byle tylko wrócić do książki i przeczytać choć kilka stron. Nie mam tak często, o nie. Ale to jedna z tych publikacji, którym nie umiałam powiedzieć: stop, poczekaj na swoją kolej.