Żubr Pompik i jego sympatyczna rodzinka na dobre zadomowili się w naszym domu. Najpierw przybywały do niego pojedyncze książeczki dotyczące ciekawych miejsc na mapie Polski, później do drzwi zastukała mata z porami roku, malowana przez samego Tomasza Samojlika, gdzie znalazło się także miejsce dla naszego żuberka, a teraz wydawnictwo Media Rodzina postanowiło zaszaleć i osadzić tęż żubrzą rodzinę w formie, jaką dzieci uwielbiają – książki z okienkami. Ten manewr sprawdził się już w przypadku serii o Kici Koci, ale tutaj jest nieco inaczej, w moim odczuciu – a sądząc po czestotliwości sięgania po tę książkę przez moją córę, w jej odczuciu także – lepiej, ciekawiej, bo okienka są mniejsze i dość dobrze „ukryte”, wtapiają się w tło opowieści, więc najpierw musimy je wypatrzeć. A kto zna twórczość Tomasza Samojlika, ten wie, że szczegółów w jego ilustracjach nie brakuje.

Pomysł na tę książkę opiera się na spostrzeżeniu Pompika, że jego siostry Polinki nigdzie nie ma. Żuberek założył, że pewnie zaczęła się z nim bawić w chowanego, więc postanowił podjąć wyzwanie i jej poszukać, oczywiście wraz z czytelnikiem. Razem z Pompikiem zaglądamy zatem i w leśne gęstwiny, i nad rzekę, poznając przy tym – już tradycyjnie – mieszkańców lasu i ich zwyczaje. W okienkach, które otwieramy, spotykamy różne zwierzęta i owady, o których warto opowiedzieć w kilku słowach, by poszerzać wiedzę o świecie dziecka, wykorzystując, że książka daje takie możliwości. Gdzie znajdzie się Polinka? Tego wam nie zdradzę, ale nie tylko Pompik poczuje się zaskoczony, czytelnik także 🙂

Książka ma większy format od tradycyjnych publikacji o Pompiku, posiada ona także twardą oprawę oraz takie same strony. Okienek jest tutaj aż pięćdziesiąt, więc zdecydowanie jest co robić. A jak zareagowała moja Zosia na taką formę podania Pompika? Kiedy książka do nas przyszła, musiałam akurat nadrobić zaległości w pracy po powrocie do zdrowia, więc pierwszą reakcję córy widział mąż. Nie dopytywałam jakoś specjalnie o to, ale gdy następnego dnia zaproponowałam im, by poszukali Polinki, mąż wyznał, że poprzdniego dnia już to robili… osiem razy 🙂 Czy może być lepsza rekomendacja? Czasem wydaje mi się, że moje dziecię i jego reakcje na konkretne publikacje stanowią fundament recenzji, a moje spostrzeżenia są jedynie dodatkiem. Ale może tak po prostu ma być, gdy w grę wchodzą recenzje książek dla dzieci 🙂