Teoria względności, chemia organiczna, fizyka kwantowa – ręka w górę, kto z was potrafiłby tak prosto z pamięci wyjaśnić, o co dokładnie chodzi? Bez przypominania sobie, bez odświeżania wiedzy i sięgania do internetu. Otwarcie przyznaję, że ja nie. Znalazłabym się w tej grupie, która powiedziałaby, że coś tam mi świta, ale to było tak dawno, że nie pamiętam. Zresztą nigdy nie pałałam sympatią do przedmiotów ścisłych. Nie, żebym od razu zbierała najgorsze oceny, ale w nauce kierowałam się raczej powszechnie znaną wśród studentów zasadą 3 x Z: zakuj – zdaj – zapomnij. Ja poznałam tę zasadę trochę wcześniej i sukcesywnie wypierałam ten rodzaj wiedzy z umysłu, robiąc tam miejsce na kolejne książki i humanistyczne rozważania. Sztukę czyszczenia umysłu opanowałam do tego stopnia, że gdyby teraz przyszło mi zdawać maturę z któregoś ze ścisłych przedmiotów, to z pewnością bym poległa. A skończyłam przecież trzy kierunki studiów i po cichu przymierzam się do kolejnego, więc nie jest tak, że nie lubię się uczyć. Myślę, że powodu mojej niechęci można upatrywać w braku solidnych podstaw. Gdybym opanowała je zawczasu, nie miałabym później problemu z poszerzaniem wiedzy w takich dziedzinach. To działoby się naturalnie, bo raczej łatwo przyswajam nowe treści.

I własnie dlatego bardzo lubię książki, które już od najmłodszych lat przekazują dzieciom określony wycinek wiedzy. Ale żeby od razu tematy, które wymieniłam na początku? Takim naprawdę najmłodszym maluszkom? Chris Ferrie udowadnia, że można, choć przyznaję, że brzmi to nieprawdopodobnie. Trzy książeczki o niewielkich gabarytach, niepozorne kartonówki. Bez bajkowych postaci, wartkiej akcji i historii z morałem. Bohaterami są tu proste kształty – kropki, linie i siatka. Trzy publikacje, w których mimo znikomej ilości tekstu przekazano naprawdę dużo wiedzy, podanej w przystępny, dostosowany do najmłodszych sposób. Dowiemy się z nich, jak zbudowany jest atom i gdzie mogą być umieszczone elektrony, zobaczymy na własne oczy, jak masa zakrzywia przestrzeń, a przykład piłki pokaże nam, że cząsteczki mogą się ze sobą łączyć, tworząc rozmaite związki. Tylko tyle czy aż tyle? Ja za właściwą uważam odpowiedź drugą. To są właśnie takie podstawy, których nie może zabraknąć, jeśli chcemy kiedyś efektywnie poszerzać tę wiedze, a nie uczyć się jedynie dla ocen, co w przypadku przedmiotów ścisłych znam niestety z własnego przykładu.

Bardzo podoba mi się, że autor dostrzega to, że w dzieciach tkwi niezwykły wręcz potencjał. Ich umysły są bardzo chłonne i jeśli tylko odejdziemy od niestety wciąż popularnego toku myślenia, że to przecież tylko dzieci, to przekonamy się, jak wiele ci mali ludzie potrafią. Moja dwuletnia córka zaskakuje mnie każdego dnia. Dla mnie pokazane w książce zwierzę to po prostu jaszczurka, dla niej scynk, kolejne nazywam antylopą, a ona mówi, że to gnu, bo ma inne rogi. Pozwólmy dzieciom się zaskoczyć, one naprawdę to potrafią. Nie zmuszajmy do czegoś, na co nie mają ochoty, po prostu dajmy im narzędzia – na przykład w postaci tych książek i naszej uwagi – i zobaczmy, co one z tym zrobią. A później już tylko miejmy chusteczkę gdzieś blisko, by otrzeć łzę wzruszenia, gdy przepełni nas duma. Wiem, że nie jest to typowa recenzja. Miała ona wyglądać zupełnie inaczej, ale ta seria zainspirowała mnie do stworzenia tego tekstu. Ważnego dla mnie i dla wielu rodziców.