Być może za chwilę wydam wam się naiwna, ale po przeczytaniu opisu „Cichoborka” liczyłam na coś w rodzaju „Raz w roku w Skiroławkach” – książki, która jest moją miłością i przekleństwem jednocześnie. Miłością, bo pokochałam ten mikroświatek stworzony przez Zbigniewa Nienackiego uczuciem młodzieńczym, studenckim, i tak mi zostało do dziś, ale też przekleństwem, bo choć nieustannie szukam, wciąż nie mogę znaleźć czegoś równie dobrego, a to bywa frustrujące. Czy zatem „Cichoborek” przypominał mi Skiroławki? Trochę tak, bo tutaj także mamy do czenienia z życiem niewielkiej, zamkniętej społeczności, gdzie ludzie żyją nie tylko życiem swoim, ale też cudzym. Czy był aż tak dobry jak książka Nienakiego? Nie zaryzykuję takiego stwierdzenia, „Cichoborek” był przyjemną lekturą, ale moje serce wciąż zostało przy Skiroławkach.

Tytułowego „Cichoborka” próżno szukać na mapie, choć tak naprawdę pewnie każdy z nas mógłby wskazać choć jedną miejscowość, która mogłaby nim być. Życie na wsi dość często toczy się bowiem nie tylko torem, po którym sami kroczymy, lubimy spojrzeć też na sąsiadów, czasem ukradkiem, zza firanki, innym razem słuchając ploteczek pani ze sklepu, która o okolicznych mieszkańcach wie wszystko. W Cichoborku nie jest inaczej, tam także ludzie podglądają swoich sąsiadów, niejednokrotnie żyjąc bardziej ich życiem niż własnym.

Na uwagę w książce Urszuli Stokłosy zasługują kreacje bohaterów – jest tutaj miejsce dla kobiety, która po raz pierwszy od dawna postanawia zgolić zarost z nóg na znak może nie akceptacji, ale w jakimś sensie pogodzenia ze stratą, która ją spotkała, znajdzie się kącik i dla tej, która zaległa w polu ze znajomym mężczyzną, by w końcu dać mężowi dziecko. I o tej, która była przed nią, ale nie mogąc dać ukochanemu potomka, wstąpiła do zakonu, sądząc, że jej łono jest jałowe. W Cichoborku można zmienić nawet nazwę Koła Gospodyń Wiejskich, bo przynależeć do niego chce także przedstawiciel drugiej płci. W ogóle w Cichoborku jest ciekawie, życie biegnie niby spokojnie, ale jednak dużo się dzieje, takie czytelnik odnosi wrażenie. Te wszystkie historie, choć odrębne, to jednak spójne, tworzą sieć skomplikowanych relacji i spraw, które niekiedy nie miały ujrzeć światła dziennego.

Zdecydowanie najsłabszym punktem publikacji jest okładka. Niby rozumiem zamysł autora, niemniej do mnie ona nie przemawia, nie rzuca się w oczy, nie sięgnęłabym po nią, gdybym ujrzała ją w sklepie pośród innych. Doceniam natomiast warsztat autorki, od razu da się zauważyć, że Urszula Stokłosa potrafi zręcznie operować słowem pisanym. Aż zajrzałam do jej bio i nie byłam specjalnie zaskoczona tym, że ukończyła filologię polską.

Dobre czytadło na jesienne wieczory – jest i zabawnie, i smutno, i refleksyjnie.