Pewnie każdy z was w takiej czy innej branży ma jakiegoś producenta/autora/firmę, która jest dla niego pewniakiem. Czymś takim, co można zamawiać w ciemno, bez czytania opinii, bez  oglądania zdjęć, bo po prostu wiadomo, że to będzie strzał w dziesiątkę. Bardzo fajnie, jeśli taki pewniak dotyczy dzieci, bo wtedy wiadomo od razu, że prezent będzie trafiony i przysporzy dużo radości osobie obdarowanej. W naszym domu rola takiego pewniaka przypadła serii pluszaków National Geographic. Ja doskonale wiem, że to, co zmówiłam, trafi nie tylko w rączki, ale i do serca mojej córy, a później, gdy zamówienie do nas trafia, ona potwierdza to każdym uśmiechem, każdą propozycją wspólnej zabawy z udziałem pluszaków z tej wdzięcznej serii.

Prezentowałyśmy już tutaj między innymi maskotkę dziobaka, ale żeby nie było zbyt monotematycznie – tym razem sięgnęłyśmy po pacynkę, bo i one znajdują się wśród pluszaków National Geographic. W ten sposób trafiła do nas panda ruda. Wiecie, jaki to zabawny widok, kiedy dwulatka tłumaczy dorosłym co to za zwierzę? Ja już wiem. Bo w umysłach wielu osób panda to wielkie czarno-białe zwierzę z bmbusem w łapach.  Nie każdy wie, że istnieje też panda ruda, zupełnie inna, mniejsza, o innym kolorze futra, i w sumie bardziej przypominająca szopa niż niedźwiedzia. I właśnie za szopa wzięto pandę rudą mojej córy, która pięknie wytłumaczyła, że to nie szop i jak naprawdę się ona nazywa.

Pacynki mają to do siebie, że często są cienkie, przez co, owszem, świetnie nadają się do teatrzyków i zabaw paluszkowych – o ile nie opada im głowa, bo niestety z czymś takim też się spotkałam – niemniej trudno je włączyć w poczet tradycyjnych maskotek, by dołączyły do wspólnej zabawy – są miękkie, więc nie ustoją, ani nie usiedzą samodzielnie. Tutaj jest inaczej, co bardzo mi się podoba. Pacynki z serii National Geographic są tak naprawdę połączeniem tradycyjnej maskotki z pacynką – założone na dłoń pełnią tę drugą funkcję, ale są tak solidnie wypełnione materiałem, że gdyby ktoś nie zajrzał pod spód, spokojnie mógłby je pomylić z maskotką. Taka właśnie jest nasza panda ruda – Zosia czasem wkłada ją na rękę i z nią rozmawia, innym razem zaprasza ją na piknik z dziobakiem i przygotowuje dla nich herbatkę, a zwierzaki siedzą i czekają, aż ich obsłuży 🙂

Warto dodać, że pacynka jest naprawdę słusznych rozmiarów – mojej córzesięga do łokcia! Z racji solidnego wypełnienia nie giba się sama na boki, ale czeka na ruch osoby, która aktualnie się nią bawi. Dla młodszych dzieci to naprawdę bardzo duże ułatwienie – nie zniechęcą się tym, że pacynka spada z dłoni lub nie współpracuje z ich ruchami.

Zosia należy do tej grupy dzieci, które bardzo lubią bawić się maskotkami, wymyślając dla nich różne atrakcje. Ma ich całkiem sporo, ale odkąd trafiłyśmy na tę serię, pluszaki z National Geographic są zdecydowanie na pierwszym miejscu, wyprzedzając w tym rankingu sympatii nawet smoka wawelskiego kupionego na pamiątkę tego, że akurat zobaczyłyśmy jak ten „prawdziwy” zieje ogniem.

O wysokiej jakości samych materiałów, z jakich wykonane są te maskotki, pisałam już przy okazji dziobaka,  niemniej w przypadku pacynki liczy się także to, co w środku. Moja córa to dziecię wielbiące zabawy sensoryczne pod wszelaką postacią, więc przyjemne w dotyku wnętrze także skłania ją do częstych zabaw pandą rudą.

Świetna seria, naprawdę godna polecenia, zwłaszcza że wybór zwierzaków – dodam, że bardzo realistycznych – jest naprawdę duży, a jakość wykonania z najwyższej półki. Z czystym sumieniem i pełnym uwielbieniem dla National Geographic polecam!

Zabawkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości portalu dante.com.pl.

Zabawkę kupicie tutaj.