Bardzo cenię sytuacje, w których autor samodzielnie postanawia stworzyć ilustracje do własnej książki, choć przyznaję, że efekt nie zawsze jest taki, jakiego oczekiwał on sam oraz czytelnicy. O doskonałe uzupełnianie się tekstu i obrazu można być jednak spokojnym, gdy jedno i drugie wychodzi spod ręki Svena Nordqvista.

Sympatycznego staruszka Pettsona i ciekawskiego kociaka Findusa znamy już z książki „Rok z Findusem”, która wywarła na mnie tak dobre wrażenie, że postanowiłam powitać ich w naszym domu ponownie. Tym razem Pettson uznaje, że najwyższa pora, by zasiać warzywa i posadzić ziemniaki. Findus nie jest tym pomysłem zachwycony, zdecydowanie wolałby posadzić pulpecika, aby wyrosły z niego kolejne. Dlaczego by nie spróbować? Ciekawy świata zwierzak sam chce się przekonać, czy pulpet wyda plony. Sadzenie ziemniaków to praca niełatwa, zwłaszcza dla niemłodego już organizmu Pettsona, ale dzielny staruszek nie zamierza się poddać, nawet wtedy, gdy okazuje się, że zapomniał zamknąć kur, a te, korzystając z chwili nieuwagi naszego bohatera, postanawiają wszystko rozgrzebać w poszukiwaniu larw. Późniejsze wydarzenia czynią pracę Pettsona trochę syzyfową, niemniej aby zebrać plony, trzeba najpierw zasiać i posadzić, więc starzec uparcie ponawia swoje próby.

Historii nie brakuje elementów humorystycznych, czasem śmiejemy się z tego, co dzieje się na naszych oczach, innym razem robi się nam szkoda umęczonego Pettsona i jego wysiłków, które idą ma marne. Autor umiejętnie dawkuje napięcie, aby nie zasmucić za bardzo wrażliwego czytelnika, ale także w taki sposób, by śmiech to nie było jedyne, co wynosi się z lektury.

Wiem, że nie wszyscy chcą czytać dzieciom książki, w których padają słowa pokroju „głupi”. Ja nie mam z tym problemu, po prostu zazwyczaj zamieniam to słowo innym. Tutaj także – gdy czytałam córze, krowy, które zniszczyły pracę Pettsona, nie były głupie, ale niepoważne. Taki detal, który nie wpływa na sens czytanego utworu, a w uszach rodzica brzmi przyjemniej.

Na uwagę zasługują tu także ilustracje. One jakby żyją, są dynamiczne, a w połączeniu z tekstem dają pełny  obraz tego, co się wydarzyło. To wszystko prawie rozgrywa się na oczach czytelnika. Sven Nordqvist potrafi zdziałać cuda nie tylko za pomocą słów, ale także obrazu, a ja takie połączenia uwielbiam.

To seria, z którą chętnie zapoznamy się bliżej. Jest i życiowa, i bajkowa, ale przede wszystkim ciekawa, taka swojska.