Konia z rzędem temu, kto znajdzie osobę, która nie lubi dziobaków. Jak oprzeć się temu dziwnemu, ale w pozytywnym sensie stworzeniu, które ma ogon bobra,kaczy dziób, futro wydry i coś w rodzaju płetw? Ten miszmasz, to pomieszanie z poplątaniem wszystkiego, co znamy ze świata fauny, zadziwia, ale też urzeka. Dziobaki kochałam ja, odkąd pamiętam. Swojego pierwszego dziobaka pokochała też moja córa.

A pierwszy dziobak w jej kolekcji to nie byle co, bo maskotka z serii National Geographic. Kto choć raz widział ich program w TV lub miał w rękach czasopismo, ten już na wstępie wie, że tej marce nie sposób odmówić jakości. To tyczy się także wypuszczonej na rynek serii maskotek.

Nasz dziobak jest dość sporych rozmiarów, a jego kształt doskonale nadaje się do przytulania – dosłownie dopasowuje się do naszego ciała, prosząc o więcej przytulasów. Nie jesteśmy obojętne na te prośby, tulimy zwierza, ile wlezie i to nie tylko moja córa, ja także. Futerko pluszaka jest strasznie miłe w dotyku, nie „leni się”, a zamoczone po wyschnięciu wygląda na nowe. Jeszcze go nie prałyśmy, ale sądze, że i to przetrwa bez uszczerbku na futerku.

Odkąd dziobak zawitał w naszym domu, jest jedną z ulubionych z ulubionych maskotek Zosi. A ja się temu wcale nie dziwię, bo skradł także moje serce. Bo to nie taki zwykły dziobak, to dziobak z górnej półki, który będzie naszym towarzyszem zabaw przez lata.

Polecam i dziobaka, i całą serię National Geographic. Za pomysł, za jakość, za wykonanie, po prostu za całokształt.

Zabawkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości portalu aleMaluch.pl.