Niejednokrotnie już pisłam, że lubimy z córą minimalistyczne i bardzo życiowe podejście właściwe literaturze skandynawskiej. Po książki Ulfa Starka zawsze sięgamy z dużą dozą ciekawości, tym razem może nawet z większą, bo tematyka bardzo u nas na czasie. Z Zosią czytamy dużo – w ciągu dnia, przed drzemką, wieczorem. W tej ostatniej porze zwykle najwięcej, bo córa ociąga się z zamknięciem oczu. Należy do tych dzieci, którym szkoda czasu na sen, w końcu świat ma do zaoferowania tyle ciekawych rzeczy, tyle wspaniałych zjawisk i zdarzeń. Dlatego też wszystkie książki o tematyce wieczorno-nocnej są u nas bardzo mile widziane.

Mały Miś, maskotka bohatera tej opowieści, pewnej nocy postanawia spać sam. Chce, by odłożyć go na półkę, ale już wkrótce słychać ciche prośby, że chciałby wrócić do łóżka. Chłopiec bierze z powrotem Misia, ale ten bynajmniej nie zamierza spać. Kręci się wierci, nasłuchuje odgłosów nocy. W końcu razem trafiają do kuchni, gdzie tata również nie może zasnąć. Po zaspokojeniu głodu i obserwowaniu księżyca wszyscy udają się na spoczynek, oczywiście w jednym łóżku. Trochę brakuje mi tu jakiegoś bardziej wyrazistego zakończenia, ale nie czepiam się, bo i tak jest przyjemnie dla oka i ucha.

Przyznaję, że uśmiechałam się podczas tej lektury. Dla mnie jest ona trochę taką metaforą naszej córki. Nocne wędrówki do naszego łóżka, kręcenie się i wiercenie, byle nie spać, wtulanie w rodziców – to wszystko to dla nas chleb powszedni. I myślę, że w naszym przypadku drogado samodzielnego spania jest jeszcze długa, podobnie jak w przypadku Misia.

O ilustracjach Charlotte Ramel także już pisałam przy okazji innych recenzji, więc aby się nie powtarzać napiszę jedynie, że i tym razem nie rozczarowały. Uwielbiam twórczość tej ilustratorki i jeśli kiedykolwiek się zawiodę na książkach, do których stworzy ona obraz, będę szczerze zaskoczona.

Polecam do wieczornego czytania nie tylko dla młodocianych nocnych marków, ale także tak po prostu na dobranoc.