O twórczości Adriana Bednarka słyszałam już naprawdę dużo dobrego, niemniej traktowałam to w kategoriach – fajnie, że młody, zdolny, ambitny autor zyskuje takie poparcie, ale do tych najlepszych thrillerów pewnie jego książkom trochę brakuje, w końcu to gatunek, w którym trzeba nabrać wprawy, okrzepnąć w nim, aby pisać naprawdę dobrze i wyjść naprzeciw schematycznej często fabule. A później sięgnęłam po „Pasażera na gapę”, tak z czytej ciekawości, bo duszka ze mnie raczej romantyczna i częściej można mnie spotkać z dobrym romansidłem w ręce aniżeli z thrillerem. I cóż… Przepadłam już po pierwszych stronach, nie mogąc oderwać się od tej historii. Wykradałam chwile na czytanie, gdy córa – co rzadko jej się zdarza – zajęła się sama jakąś zabawą, czytałam, gdy wieczorem już spała, narażając własne czy na wątpliwy komfort czytania przy świetle żarówki w telefonie. Cóż było jednak robić, skoro nie potrafiłam przestać myśleć o tym, co spotkam na kolejnych stronach.

Maciek i Magda to para dorastająca w mało perspektywicznej okolicy. Oboje marzą, by kiedyś się z niej wyrwać, ale brak wzorców w rodzinie i wpływ otoczenia sprawia, że wkraczają na złodziejską ścieżkę, tak zresztą się poznają. I tutaj spotkało mnie pierwsze wow – bo przecież jakby nie patrzeć nie są to bohaterowie krystaliczni, mają swoje wady, całkiem sporo zresztą, a jednak pokochałam ich całym sercem i kibicowałam z całych sił. To dla mnie zupełna nowość, bo zwykle postaci trudniące się nielegalnym fachem, dorabiające się na cudzej krzywdzie, raczej nie znajdują u mnie sympatii. Już ta kreacja postaci zapewniła Adrianowi Bednarkowi moją przychylność jako czytelnika. A później było już tylko lepiej.

Bo Maciek po nieudanej akcji trafia do psychiatryka jako osoba niepoczytalna, choć tak naprawdę dalekomu do takiej. Wraz ze swoją dziewczyną planuje ucieczkę, która na finiszu, wydaje się, traci szanse powodzenia, bo dzień przed planowanym przedsięwzięciem dołączają mu do sali wspólokatora. Nowy podpina się pod plan ewakuacji, dołączając do pary zakochanych złodziejaszków, niemniej od samego jego poznania czytelnik nie pała do niego sympatią. Ciągle czekałam na chwilę, gdy zostawi on w spokoju Magdę i Maćka, ale autor miał inne plany. Grał na emocjach czytelnika, wciąż utrzymując poziom napięcia na bardzo wysokim poziomie. A kiedy w końcu wyszło na jaw, kim jest ów pasażer na gapę, nie wytrzymałam i czytałam, dopóki nie ujrzałam epilogu. Prosiłam w myślach autora, by oszczędził bohaterów, których ukochałam, choć z przebiegu fabuły wynikało, że szanse są na to marne, i żeby skopał tyłek (i nie tylko) Konradowi Mączyńskiemu najmocniej, jak tylko potrafi.

Matko, naprawdę nie spodziewałam się aż tak dobrej lektury. Książka Adriana Bednarka sprawiła, że zamiast kolejnych powieści obyczajowych zamówiłam do recenzji dwa thrillery i kryminał, o co jeszcze niedawno zupełnie bym się nie podejrzewała. Z pewnością nie skończy się też moja przygoda z twórczością tego autora, któremu szczerze kibicuję i życzę wielu lat obfitujących w tak dobre książki.