Nie wiem, czy wspominałam już na łamach bloga o tym, że lubię książki, w których autor traktuje dziecko na równi z dorosłym, jeśli chodzi o nazewnictwo. Pewnie, że nie mam tu na myśli jakichś skomplikowanych łacińskich terminów, ale określenia rzeczy, które nas otaczają. No bo dlaczego niby dziecko miałoby nie dowiedzieć się, że dane narzędzie to piła kabłąkowa, a inne to piła płatnica? Dlaczego ma każdą piłę nazywać po prostu „piłą”, skoro jej rodzaje różnią się od siebie i posiadają swoje nazwy? Za trudne? Czasem pewnie tak, ale ja podchodzę do tego tematu z całkiem innej strony. Takie książki zwykle dotyczą określonego wycinka rzeczywistości, np. danego zawodu. I skoro rodzice z dzieckiem po taką publikację sięgają, to zwykle nie bez powodu. Być może dziecię wykazuje zainteresowanie tematem i chciałoby dowiedzieć się czegoś więcej niż to, że piła jest piłą? Dla takich czytelników, żądnych bardziej szczegółowej wiedzy, ale podanej sensownie, bez owijania jej niepotrzebną wielką ilością treści, doskonałą lekturą będzie seria o Kastorze.

U nas pojawił się on z innego jeszcze powodu. Otóż… moja córka lubi bobry. Tak po prostu, nie mam pojęcia dlaczego, nigdy na żywo żadnego nie widziała, za to gdy widzi to zwierzę w książkach, uśmiech nie schodzi z jej twarzy. A że przy tym jest bardzo ciekawa świata i w zasadzie trudno znaleźć by tematykę, która by jej nie podeszła, sięgnęłyśmy po Kastora. Na pierwszy ogień poszła część o majsterkowaniu, bo tego w naszym domu nie brakuje. Same tworzymy wiele rzeczy, które wykorzystujemy w codziennej zabawie, w dodatku Zosia ma dwóch dziadków budowlańców-majsterkowiczów, którzy poproszeni o pomoc tworzą dla niej różne zabawowe cuda.

I właśnie z jednym z tych dziadków lektura Kastora podoba jej się najbardziej. Dlaczego? Bo mój tata wkada w czytanie wiele szczerych emocji – mnie najbardziej rozbraja fragment, gdy dochodzi do wiertarki ręcznej i tłumaczy wnuczce, że nigdy się jej nie dorobił. A ja, kiedy tak na nich patrzę, widzę, że im obojgu ta lektura sprawia przyjemność, a to rekomendacja najlepsza z możliwych.

Kastora poznajemy w chwili, gdy w starej stolarnii dziadka czegoś szuka. Gdy już znajduje odpowiedni projekt, zaczyna pracę, wyciągając kolejne narzędzia, a narrator zwięźle opisuje, co nasz bóbr aktualnie czyni. Dzięki temu dziecko poszerza słownictwo związane z narzędziami, ale też poznaje ciekawą opowieść. Im bliżej końca, tym bardziej widać, co Kastor postanowił „zmajstrować” – nową skrzynkę na narzędzia. A już absolutnym hitem, naprawdę porządnym bonusem, jest to, że na końcu książki znajdziemy projekt tej skrzynki, co daje możliwość jej samodzielnego wykonania. Zosia ma to u dziadka obiecane za rok, na trzecie urodziny 🙂

Pokochałyśmy Kastora całym sercem, obie. Po pierwszym czytaniu od razu sprawdziłam, ile części ma seria i westchęłam ciężko, pytając: czemu tylko pięć? Nie może być tyle co Kici Koci czy Zuzi? No ale przed nami jeszcze trzy części, których nie znamy, a poznać zamierzamy, więc jest się z czego cieszyć.