To moje pierwsze spotkanie z twórczośią K. N. Haner, choć niejednokrotnie słyszałam już o publikacjach tej autorki. Jak zawsze w przypadku osób o już rozpoznawalnym na rynku nazwisku jedne opinie były pochlebne, inne wręcz przeciwnie. Postanowiłam się jednak przekonać sama, czy to, co wychodzi spod pióra – tudzież klawiatury – tej autorki, jest czymś, co trafi w mój gust. Decyzji o zapoznaniu się z jej twórczością sprzyjał fakt, że „Nieczyste więzy” to jej pierwszy thriller, a to gatunek, po który może nie sięgam zbyt czesto, ale gdy już to robię, zwykle jestem zadowolona. Czasem nawet taka romantyczna duszka jak ja potrzebuje przeczytać coś mocniejszego.

Zacznę może od tego, że nie jestem zwolenniczką mocno obrazowych scen erotycznych w książkach, ale jako że w przypadku tej konkretnej od początku miałam świadomość, że takowe się w niej znajdują, nie będę się nad tym faktem rozwodzić. Napiszę tylko, że osoby lubujące się w szczegółowym opisie odważnych scen nie poczują się zawiedzione. Natomiast tym, co mnie zaciekawiło już na starcie, jest sam pomysł na fabułę. Opis był intrygujący i choć miałam świadomość, że ta historia będzie kompletnie popaprana, to autorka niejednokrotnie zaskoczyła mnie i w tym względzie, jakby badając granice tego, co czytelnik jest w stanie przyjąć z zaciekawieniem, a co uzna już za przegięcie. Mnie się podobało, bo to popapranie nie jest czymś negatywnym, ono dotyczy chwiejnej psychiki bohaterów, ich dość skomplikowanych kreacji, w których na pierwszy plan wysuwa się demoniczność i niejednoznaczność.

Już pierwsza scena intryguje. Czytelnik zastanawia się, jakie wydarzenia doprowadzą do tego momentu. Kolejna rzecz, którą zaliczam „Nieczystym więzom” na plus to pomysł na bohaterów. Nie jest cukierkowo, raczej mrocznie i tajemniczo. I nieco strasznie. Główna bohaterka zdecydowanie ma problemy natury psychicznej, czasem bywa irytująca, innym razem czytelnik solidaryzuje się z nią, życząc jak najlepiej. Claire nie jest dzieckiem powstałym w wyniku miłości, jest owocem gwałtu na trzynastolatce, która później wykrwawiła się, rodząc w łazience. To był pierwszy moment, który mnie zaszokował, a takich było później jeszcze wiele. Nie mogłam pojąć, jak terapeuta może wykorzystywać słabość tak chwiejnej emocjonalnie osoby, a jedncześnie, widząc ich niezrozumiałe dla mnie przyciąganie, do końca nie wiedziałam, jak skończy się ta książka.

„Nieczyste więzy” na pewno dostarczyły mi całej palety różnorodnych i silnych emocji. Nie przypuszczałam, że ta lektura pójdzie mi tak szybko, ale bardzo chciałam się dowiedzieć, jak skończy się ta destrukcyjna, spalająca bohaterów od wewnątrz relacja. To książka, która powinna być opatrzona dopiskiem: Tylko dla czytelników o mocnych nerwach. Nie sądziłam, że można mnie zaliczyć w ich poczet. Z chęcią zapoznam się z jakąś lżejszą historią autorstwa K. N. Haner, aby przekonać się, czy tak samo szybko i płynnie będzie się czytać coś, co aż tak nie szokuje. Tak więc cieszę się, że sięgnęłam po tę książkę. Być może trafiłam na kolejną autorkę, która żongluje emocjami czytelnika. To się okaże przy kolejnych jej utworach.