Nowa Huta – dwa słowa, które są w stanie sprawić, że drżącymi rękami sięgam po książkę, bez względu na tematykę, grupę docelową czy inne czynniki, które zazwyczaj mają wpływ na wybory czytelników. Mnie wystarczy skusić akcją w Nowej Hucie, bym z zapartym tchem czytała do deski do deski. Kiedy więc zobaczyłam, że jedno z najbardziej poczytnych wydawnictw wydaje publikcję osadzoną w jeszcze komunistycznej Hucie, wiedziałam, że to coś dla mnie. Chciałam porównać własne doświadczeniaz tym, co  autorka włożyła w usta głównej bohaterki, w końcu przy alei Róż spędziłam dobre kilka lat życia. Bo w tej historii dodatkowym atutem dla wielu będzie fakt, że nie jest to wytwór wyobraźni Lucyny Olejniczak, ale opowieść oparta na wydarzeniach, których doświadczyła córka jej koleżanki. Chociaż po skończonej lekturze czytelnik wolałby, że to była tylko i wyłącznie fikcja literacka, żeby takie rzeczy nie działy się nigdy i nigdzie na świecie…

Lena to dorosła już, niemal trzydziestolenia kobieta, która całe życie spędziła w Nowej Hucie. Teraz chce zacząć wszystko od nowa i przeprowadzić się z mężem w jego rodzinne strony, do centralnej części kraju. Lena pragnie odciąć się od trudnej przeszłości i wspomnień, które od dzieciństwa spędzają jej sen z powiek. Traumatyczne przeżycia związane z dorsataniem w domu, gdzie ojciec nadużywał alkoholu i dopuszczał się względem córki czynów, o jakich nikt normalny nawet by nie pomyślał, utrudniają wydostanie się z tej sieci patologicznych relacji. Bo chociaż Lena jest już dorosła, wciąż boi się sprzeciwić rodzicom, unika konfrontacji, woli bierność od stawiania na swoim. Tak była nauczona, tak było wszędzie wokół – sąsiadka biła swojego męża, dzieci wychowywano pasem lub kablem, patologia była obecna na każdym kroku, w każdym domu, choć mieszkańcy skrzętnie to ukrywali. Czara goryczy przelewa się w chwili, gdy sąsiad, którego zawsze uważała za bliską osobę, wyznaje, że wiedział o jej krzywdzie, wiedział, co dzieje się w ich mieszkaniu i chociaż chciał się temu sprzeciwić, nie miał na tyle odwagi. Czy Lena odnajdzie w sobie siłę, by przerwać ten ciąg toksycznych wydarzeń i zacznie w końcu żyć prawdziwie, szczęśliwie, otoczona bezinteresowną miłością?

Czytałam tę książkę i z każdym kolejnym rozdziałem moje zdziwienie było coraz większe. Zupełnie jakbym czytała o kompletnie niezanym mi miejscu. Niby okolica ta sama, charakterystyczna budowa kamienic wokół Placu Centralnego, gdzie przyszło mi żyć – z wysokimi i obszernymi klatkami schodowymi, z ciemnymi i mrocznymi piwnicami, ja to wszystko przecież znam. Ale w moich wspomnieniach jakże inaczej się one jawią! Lektura tej książki udowodniła mi, że na otaczającą nas rzeczywistość każdy patrzy przez pryzmat własnych doświadczeń. Moje wspomnienia z tym miejscem są bardzo dobre, więc zachwyca mnie urok starych, podobnych do siebie komienic i osiedli, symetria Placu Centralnego widziana na zdjęciach robionych z lotu ptaka, układ ulic i ilość zieleni. Główna bohaterka tej opowieści nie potrafi się cieszyć tym miejscem, ona się tam dusi właśnie przez to, jakie wspomnienia wiążą się z tą dzielnicą. I wcale się jej nie dziwię.

„Księżniczka” to książka wciągająca, poruszająca, ale też niesamowice smutna, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę fakt, że jest oparta na prawdziwych wydarzeniach. To lektura, która pokazuje, że udawanie, iż nie widzi się tego, co dzieje się za zamkniętymi drzwami sąsiada, w obawie przed ujawnieniem własnych sekretów, może zniszczyć komuś życie. Książka, która zostaje w pamięci na dłużej, we mnie wciąż ona jest – wraz ze wszystkimi emocjami, jakie wzbudza.

Książkę kupicie tutaj. Dziękuję wydawnictwu za przekazanie egzemplarza recenzenckiego.