Przemoc domowa to bardzo ciężki temat. Autor, podejmując się go, musi liczyć się z tym, że mocno wstrząśnie czytelnikiem, ale żeby to się stało, najpierw musi opisać wszystko wiarygodnie, nie szczędząc szczegółów. Powinien on ponadto skupić się na warstwie psychologicznej, która w powieściach z tym motywem odgrywa znaczącą rolę. Mimo tych trudności wiele osób porywa się na tę tematykę, a to sprawia, że granica tego, co jest w stanie przetrawić zwykły czytelnik, przesuwa się – coś, co kiedyś szokowało, dziś nieco już spowszedniało, by zaskoczyć odbiorcę, trzeba się nieźle nagimnastykować. W „Egzotycznym ptaku” autorce udało się połączyć te dwie cechy – stworzyła ona opowieść przejmującą, chwytającą za serce, ale jednocześnie taką, która nie sprawia, że czytelnik czuje niesmak lub wyolbrzymienie, a co za tym idzie brak wiarygodności.

Lena to młoda mężatka, mama trzyletniej dziewczynki. Gdyby ktoś patrzył na nią z boku, mógłby odnieść wrażenie, że niczego nie brak jej do pełni szczęścia. Urocza córka, piękne mieszkanie i dostatnie życie u bogu męża pełniącego szanowaną funkcję wojskowego. Przyglądając się jej jednak bliżej, można dostrzec smutek błąkający się w oczach, smutek będący skutkiem uzależnienia od osoby męża, w każdym aspekcie – finansowym, psychologicznym i po prostu życiowym. Gdy przez całe dotychczasowe życie kobieta nie zaznała prawdziwej, bezinteresownej miłości, łatwo uwierzyć jej, że jest nic niewarta i sama sobie nie poradzi. Zwłaszcza że Lena wciąż boryka się z wydarzeniami, które miały miejsce w przeszłości i chce dla swojej córki innego, lepszego dzieciństwa. Pewnego dnia jej mąż przekracza jednak granicę wytrzymałości swojej żony, co skutkuje decyzją o opuszczeniu go. Czy jednak jest to w ogóle możliwe? Czy zahukana, niepewna siebie i skrzywdzona kobieta udźwignie ciężar życia na własną rękę? Do czego posunie się Grzegorz, by zniszczyć żonę?

Myślę, że już tyle informacji, ile zdradziłam, wskazuje na interesującą fabułę. „Egzotyczny ptak” ma jednak w sobie coś więcej. To ta nuta oryginalności, jaką otrzymuje czytelnik. Magdalena Kozioł znalazła tu miejsce i dla bioenergoterapii, i dla aury otaczającej człowieka, i dla traumatycznych przeżyć z dzieciństwa. Przyznaję, że nieco obawiałam się takiego połączenia, bo to zupełnie nie moja bajka, ale po lekturze muszę stwierdzić, że wyszło naturalnie i płynnie. Autorka nic nie narzuca czytelnikowi, nie pisze o tym, w co powinno się wierzyć, a w co nie. Ona po prostu wzięła na warsztat oryginalny, nieoklepany jeszcze temat i stworzyła wokół niego zgrabną, wzruszającą, ale też bardzo smutną opowieść, w której happy end często musi ustąpić miejsca trudom życia i niesprawiedliwości świata.