O Panu Kuleczce słyszałam i czytałam już niejednokrotnie i za każdym razem były to opinie pozytywne. Wystarczy zresztą spojrzeć na okładkę przedstawiającą tytułowego bohatera, by zadać sobie pytanie – czy tak sympatyczna postać mogłaby się okazać czymś innym niz strzałem w dziesiątkę? Jako że córa dopiero od pewnego czasu wykazuje zainteresowanie dłuższymi lekturami, w końcu po Pana Kuleczkę sięgnęłyśmy i my. Z bardzo miłym skutkiem.

Pan Kuleczka, do którego to nazwisko pasuje w każdym calu, ma dwoje przyjaciół – psa Pypcia i kaczuchę Katastrofę. W zasadzie może nawet troje, bo jest też mucha Bzyk-Bzyk. Każdy z nich jest inny, każdy wyjątkowy i każdy aż prosi się, by jego kwestie w dialogach wypowiadać innym głosem! Mnie – córce zresztą też – najbardziej podobają się te, w których należy się wcielić w Katastrofę, której do bycia optymistką brakuje wiele. Naśladowanie jej głosu wychodzi mi chyba całkiem nieźle, skoro Zosia cały czas się przy tym śmieje 🙂

W książce znajdziemy aż jedenaście dość krótkich, bo kilkustronicowych opowiadań oraz krótkie wprowadzenie. Opowieści są wesołe, sympatyczne, ale też kształcące. Czytelnik dowie się z nich na przykład, czym są różowe okulary, czy lenistwo może być słowkie, a mniemanie wysokie oraz dlaczego senne olbrzymy są – a może wcale nie? – takie straszne. U nas czytamy na razie po 1-2 historie, ale starsze dziecię z powodzeniem wysłucha całej książki. Ten podział jest zresztą bardzo prraktyczny, bo dzięki niemu „Pan Kuleczka” może być zarówno dłuższą lekturą, jak i krótką opowiastką na dobranoc.

Jest to seria, z którą zdecydowanie warto się zapoznać. Ciepła, z humorem, posiadająca walory edukacyjne – taka, jaką polubią i dzieci, i rodzice.