Kiedy byłam mała, uwielbiałam, gdy rodzice lub babcia czytali mi rozmaite baśnie. W szkole mieliśmy nawet specjalne zeszyty w dużym formacie, gdzie wykonywaliśmy do wybranych opowieści ilustracje. Bardzo to lubiłam. Później przerzuciłam się na disneyowskie adaptacje, jak większość dziewczynek w moim wieku zachwycając się cukierkowymi księżniczkami i słodkimi happy endami. Jako dorosły czytelnik lubię czasem sięgnąć po coś nieco „egzotycznego” w tej materii. Nie tak dawno czytałam baśnie kurdyjskie, teraz nadszedł czas na tybetańskie.

Moja pierwsza myśl po skończonej lekturze? W naszym kraju często staramy się chronić dzieci przed treściami, które odbiegają od tego, czego chcielibyśmy je nauczyć, przedstawiając świat jako miejsce wyidealizowane, wolne od wad i przykrości. Zupełnie, jakbyśmy chcieli je w ten sposób przed tym światem chronić. Przyznaję, że sama łapię się czasem na tym w stosunku do córy. Tymczasem dzieci prędzej czy później zetkną się ze wszystkim, co świat ma im do zaproponowania – z całym mnóstwem pięknych i budujących sytuacji, ale też z tymi mniej przyjemnymi i niepożądanymi. To naturalne i nie ma sensu z tym walczyć. Odnoszę wrażenie, przynajmniej na podstawie książek, które czytam, że w innych kulturach dorośli nie mają z tym problemu. Opowieści dla dzieci, zwłaszcza baśnie, mają w sobie i morał, i całą paletę pięknych uczuć, i krwawe elementy, jeśli tego wymaga historia. Nikt z tym nie walczy, nikt nie stara się uczynić ich bardziej idealistycznymi.

Podobnie jest ze „Sługą lamy”. Tutaj także zdarzają się krwawe sceny, jak choćby wydłubujący sobie oczy tygrys, ale jakoś nie odrzuciło mnie to od lektury. Wręcz przeciwnie – było to integralnym elementem opowiedzianych historii, bez tego coś by one straciły. Może tę świeżość, może oryginalność, a już na pewno naturalność, a przez to stałyby się takie jak inne, przeciętne, być może nijakie. To po prostu lektura dla dzieci już starszych, wtedy nie powinniśmy mieć obaw o treści zawarte w książce, co druga bajka ma w końcu w sobie więcej przemocy.

„Sługa lamy. Baśnie tybetańskie” to zbiór niemal trzydziestu oryginalnych historii, jakie zrodziła tybetańska tradycja. Każda inna, każda intrygująca, żadna cukierkowa, a już na pewno nie dobrze nam znanym disneyowskim wydaniu. Moja ulubiona opowieść? Chyba ta o chłopcu, który urodził się ze spłaczoną głową, co bardzo go szpeciło, a jednak dzięki przymiotom swego charakteru potrafił sprawić, że z czasem pokochała go córka króla wróżek.

Warto dodać, że w odróżnieniu od wielu wydań powszechnie znanych baśni tutaj ilustracje są jedynie uzupełnieniem tekstu, który pełni przewodnią rolę. Obraz pojawia się co kilka stron, ale jest subtelny, delikatny, nie narzuca się czytelnikowi, raczej pozostawia pole do popissu wyobraźni i to ma swój urok.

Książkę polecam zarówno dla dorosłych, jak i dla starszych dzieci, na pewno nie kilkulatków, ale takich, które nie oczekują już od lektury, że będzie wyłącznie pięknie i radośnie, ale jak to w życiu – słodko-gorzko.