Nie pamiętam u siebie takiej miłości do krów, ale być może po tylu latach pamięć płata mi już figle, wybiórczo dawkując wspomnienia z dzieciństwa. Moja Zosia z kolei kocha książkę, jeśli tylko zbaczy w niej krowę. A że jest przy tym na etapie nauki mówienia i cieszy ją, gdy potrafi już coś wymawiać, to Mama Mu z racji dość prostej konstrukcji słownej jest u nas ostatnio na topie.

O serii książek z Mamą Mu w roli głównej słyszałam już wcześniej, ale wtedy uznałam, że jest jeszcze za wcześnie z racji dość sporej ilości tekstu jak dla trochę ponad roczniaka. Teraz, gdy moja córa sama wybiera już dłuższe lektury, czas okazał się właściwy – sympatyczna i nieco zwariowana krowa znalazła uznanie w jej oczach, więc pewnie nie będzie to jedyna książka z tą bohaterką w naszych zbiorach.

Fabuła jest dość nieskomplikowana, niemniej zabawna, co stanowi jej dużą zaletę. Tuż przy pastwisku powstaje zjeżdżalnia wodna dla dzieci, niemniej kusi ona także – a może przede wszystkim – Mamę Mu. Na nic się zdają narzekania Pana Wrony, który stara się przekonać swoją dobrą koleżankę, że krowy nie korzystają ze zjeżdżalni. Nie bez powodu mówi się, że ciekawość jest matką nauk, Mama Mu musi sprawdzić to na własnej skórze. I… no cóż, daje w ten sposób Panu Wronie satysfakcję. Niemniej nie byłaby ona sobą, gdyby nie stawiła czoła przeciwnościom. Czy historia skończy się happy endem? Tak, ale kto i w jaki sposób do tego doprowadzi, tego już nie zdradzę.

Wymiana zdań i pomysłów między Mamą Mu i Panem Wroną to w moim odczuciu najciekawsza część książki. Trochę ironii, szczypta dogryzania sobie i „a nie mówiłem” w całej okazałości sprawiają, że także dorosły uśmiechnie się w trakcie lektury. Ja bardzo cenię sobie ponadto ilustracje Svena Nordqvista, którego twórczość znam już z innych publikacji, tak więc wizualnie Mama Mu musiała mi się spodobać.

Ta historia podoba mi się dlatego, że wbrew pozorom jest… życiowa. Może i krowy nie zjeżdżają na zjeżdżalni, ale za to w każdym z nas odzywa się czasem hedonista, który chce oddać się przyjemnościom mimo konieczności poniesienia późniejszych konsekwencji. Najpierw zabawa, później myślenie, jak coś naprawić – ten schemat znamy już od dziecka. I fajnie, że nie jest idealistycznie i sztucznie. Niech po prostu będzie prawdziwie i wesoło, tak dla odmiany!