Ta książka kilka razy pojawiła mi się przed oczami, gdy przeglądałam księgarniane zasoby. Kusił zarówno tytuł, bo mam totalną słabość do książek, w których dzieci wybiegają myślami w przyszłość, wyobrażając sobie dorosłe życie, zwykle w samych superlatywach, jak i wizerunek sympatycznego czworonoga na okładce, od dziecka uwielbiam wszelakie zwierzęta, ale to psy i małe gryzonie ukochałam najbardziej. No i w końcu „Kiedy dorosnę…” jest w naszym posiadaniu – piękna, cudowna, wyjątkowa…

Pamiętacie, kim chcieliście zostać, gdy byliście mali? Ja piosenkarką i biorąc pod uwagę moje zerowe poczucie rytmu oraz wątpliwy talent wokalny, teraz uśmiecham się do tych wspomnień. Pamiętam, że wśród koleżanek ze szkolej ławy królowały właśnie dwa zawody, dzialąc nas na dwie grupy – jedne z nas chciały śpiewać, inne być aktorkami. U chłopców wachlarz możliwości był nieco szerszy, niemniej najbardziej kusiły mundury – policjant, strażak, pilot. I właśnie o tym jest ta książka.

Pewnego dnia pani w klasie pyta swoich uczniów, kim chcieliby zostać w przyszłości. Większość psich maluchów ma już w głowie ułożoną swoją życiową ścieżkę i wie, co chciałoby w życiu robić. Wyjątek stanowi Julka, która potrzebuje czasu, żeby się zastanowić. Nie wszystkie zawody wymieniane przez „dzieci” są oczywiste – owszem, pojawia się tancerka czy policjant, ale są i tacy, którzy chcieliby zostać maszynistą czy listonoszem. Podoba mi się, że dzieciaki-szczeniaki podają uzasadnienia, kierując się w swoich wyborach swoimi pasjami i predyspozycjami, omijając szerokim łukiem chłodne kalkulacje co do opłacalności danego zaowdu.

Tym, co zachwyciło mnie absolutnie w tej książce, są ilustracje, które nie dość, że są naprawdę bardzo efektowne, to jeszcze zajmują lwią część publikacji, sprawiając, że „Kiedy dorosnę…” mówi do czytelnika nie tylko poprzez zapisane wersy, ale także (a może przede wszystkim?) za pomocą obrazu. Tworzy to cudowny efekt, sprawiając, że po tę książkę naprawdę sięga się z przyjemnością. Samego tekstu nie jest dużo, więc publikacja nada się także z powodzeniem już dla młodszych pociech – moja 21-miesięczna córa ją uwielbia! Słabość do psów odziedziczyła widać po mnie 🙂 A ze starszymi dziećmi? Nie tylko czytać, ale też rozmawiać – sama nie mogę się doczekać, aż Zosi wykreują się już pierwsze marzenia dotyczące dorosłego życia i mi o nich opowie!