Twórczość Przemysława Wechterowicza jest w naszym domu znana już od dłuższego czasu, nie wiem nawet, czy nie jest to autor, którego książek mamy  w swoich zbiorach najwięcej. Nie ma w tym jednak nic dziwnego, bowiem poza samą treścią utworów – wdzięczną, ale też mądrą, z przesłaniem – pan Wechterowicz zdaje się mieć szczęście do ilustratorów, którzy wzbogacają jego pomysły cudowną warstwą wizualną. Tak było w przypadku jego współpracy z Emilią Dziubak, z Marcinem Minorem, tak jest również, gdy na kartach jednej książki spotkał się duet Przemysław Wechterowicz i Nikola Kucharska.

Po raz kolejny jestem ogromnie na tak dla wyboru tematu na książkę, bo też autor wziął na warsztat mechanizm działania plotki, czegoś tak powszechnego w życiu każdego z nas i – co tu kryć – czasem to życie utrudniającego. Spotkamy tu mamę zajączka, która szuka swojej pociechy, bo upiekła jego ulubione ciasto. Kiedy spotyka na swej drodze kreta, prosi go, by przekazał zajączkowi, jeśli go spotka, że ma dla niego niespodziankę. Kret co prawda nie spotyka zajączka, za to na jego drodze staje jeż, któremu zdaje relację ze spotkania z mamą zajączka, jednak… dodaje do powodów poszukiwania coś od siebie. Jeż podaje to dalej, niebyt dokładnie parafrazując słowa kreta , i z każdym kolejnym zwierzakiem historia nabiera zupełnie nowych, może i ciekawych, jednak dalekich od prawdy, akcentów. Od ciasta marchewkowego przechodzimy zatem do… podróży w kosmos!

Autorowi genialnie udało się pokazać proces, jakiemu poddawane są słowa przechodzące z ust do ust. To, jak zmieniają swój kształt i znaczenie, najpierw delikatnie, ale im dłużej powtarzane, tym mniej podobne do oryginału. W dodatku pan Wechterowicz zrobił to językiem zrozumiałym dla dzieci, a to już nie lada sztuka. To w moim odczucu bardzo ważne, bo przecież nie tylko dorośli padają ofiarami plotek. Dzieci również i kto wie, czy ich nie dotyka to nawet mocniej.

Jak wspominałam na początku, ważną rolę spełniają tu także ilustracje. Nie wiem, czy spotkałam się do tej pory z pracami Nikoli Kucharskiej, nie potrafię sobie tego przypomnieć, niemniej ilustracje z książki „Czy ktoś widział zajączka?” wywarły na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Współgrają z tekstem i są duże, całostronicowe, co bardzo doceniam w książkach dla dzieci.

Po raz kolejny nie zawiodłam się zatem na twórczości Przemysława Wechterowicza, którego książki sukcesywnie zasilają naszą domową biblioteczkę. Myślę, że ta pozycja zagości ona na dłużej w naszych zbiorach „podręcznych”, po które sięgamy niemal codziennie. Na razie nie widzę oznak „zmęczenia materiału” u mojej córy, więc wróżę nam dłuższą znajomość.