Nieczęsto trafia się na publikacje, które potrafiłyby zebrać w sobie kwintesensję trudnego do zdefiniowania terminu, jakim jest macierzyństwo. Mama – cztery litery, jedno krótkie słowo, a tak wiele znaczeń, emocji, wzruszeń, ale też trudności. Autorce tej książki udało się uchwycić jeśli nie wszystkie, to przynajmniej większość z nich. To wszystko sprawia, że „Mama” jest nie tylko książką dla starszych dzieci. Ona jest także dla mam, bohaterek życia codziennego, specjalistek od rzeczy niemożliwych i tych prozaicznych, często niedocenianych, za to takich, bez których robienia świat stanąłby na głowie. Ba! To jest też  (a może przede wszystkim?) publikacja dla wszystkich tatów i innych osób, które widząc na ulicy mamę z dzieckiem, mają ochotę zabawić się w doradzanie. Taka duża i ma smoczek. Czemu na rękach, skoro ma własne nogi? A noce przesypia? Przecież już powinna. Hélene Delforge stworzyła książkę, przy której się płacze, ale nie ze smutku. To są łzy wzruszenia, łzy spowodowane tym, że w końcu ktoś zrozumiemiał mamy. Czapki z głów dla tej pani!

W „Mamie” poznajemy różne odcienie macierzyństwa – czasem są to blaski i te najchętniej nasza pamięć przechowuje, czasem cienie, gdy mama zasypia jeszcze przed dzieckiem, zmęczona po całym dniu zabaw i wszelkich sprawunków. Tekstu jest sporo, ale jest on tak życiowy, tak do bólu prawdziwy, że książkę czyta się jednym tchem, wciąż od nowa i od nowa. Genialnym posunięciem było pokazanie w ilustracjach, że bez względu na to, w jakim zakątku świata się znajdujemy, relacja mamy z dzieckiem jest wszędzie tak samo wyjątkowa, mocna, niepodrabialna. Nie mają znaczenia kwestie kulturowe, społeczne czy materialne, macierzyństwo wszędzie wygląda tak samo i choć czasem okupione jest cierpieniem, to mama nie zrezygnowałaby z niego za żadne skarby świata. Bo najcenniejszy skarb ma przy sobie, bez względu na to, w jakich warunkach przyjdzie im żyć.

Trudno znaleźć słowa, które w pełni oddadzą geniusz tej książki. Wcześniej słyszałam o niej dużo dobrego, ale dopiero, gdy po nią sięgnęłam, przekonałam się, że istnieją książki kompletne, doskonałe, bez żadnej skazy. „Mama” jest jedną z nich. Na zawsze zajmie już wyjątkową pozycję w naszej biblioteczce, a kiedyś przekażę ją własnej córze, która może i obudziła mnie dziś o czwartej rano, chcąc zacząć już dzień (tak, to te cienie macierzyństwa), ale za to patrzy na mnie takim wzrokiem i obdarza takimi uśmiechami, że byłabym skłonna zrobić dla niej wszystko, nawet jeśli w moich żyłach zamiast krwi zacznie w końcu płynąć kawa.