W zasadzie, żeby zachęcić mnie do sięgnięcia po tę publikację, wystarczyłaby sama okładka. Zdjęcie Stevena Gerrarda na froncie, w dodatku w pamiętnym momencie z 2005 roku, jest gwarancją, że nabyłabym ją, nawet gdyby środek nie prezentował się równie interesująco. Ba! Widząc taką okładkę, ja nawet inwektywy napisanej wielką czcionką pewnie bym nie zauważyła, skupiając się na najważniejszym – na emocjach, jakie towarzyszyły tamtemu finałowi. A najlepszy ich wyraz przedtawia poniższy filmik, który uwielbiam obejrzeć od czasu do czasu, by przypomnieć sobie ten piękny dla wszystkich fanów The Reds czas.

Jednak w tym przypadku miła dla oka oprawa graficzna nie jest jedynym atutem. Co więcej, „Anatomia Liverpoolu” różni się od innych książek o tematyce sportowej, jakie przyszło mi w życiu przeczytać, nawet tych najciekawszych. Tą wartością dodaną publikacji jest układ treści. Historię Liverpoolu opowiedziano tutaj bowiem… w dziesięciu meczach, wybranych przez autorów, aby pokazać trendy funkcjonujące w klubie. I trzeba przyznać, że wyszło im to nadzwyczaj dobrze. Dla mnie Liverpool to na zawsze będą kibice z Anfield z trybuną The Kop,  ponadczasowe „You’ll never walk alone” oraz Steven Gerrard odmawiający transferów do największych klubów, na zawsze wierny barwom, w których biło i wciąż bije jego serce. To właśnie Liverpool udowodnił mi kiedyś, że w piłce może liczyć się coś więcej niż tylko pieniądze. Ja kolejnemu z moim piłkarskich ulubieńców, Fernando Torresowi, wybaczyłam opuszczenie Atlitico tylko dlatego, że trafił do Liverpoolu. Nie wiedzieć czemu, to właśnie w nim upatrywałam drugiego Gerrarda, który nigdy nie opuści swojego klubu. Ale to temat na inny wpis.

Liverpool VS. AC Milan (Champions League Final 2005) from iNiSiGHTiA on Vimeo.

Wracając do książki. Wydawałoby się niemożliwym zawrzeć historię klubu z ponad studwudziestoletnią tradycją w zaledwie dziesięciu spotkaniach, jednak Jonathan Wilson tego dokonał. Każdy z meczów poprzedza podanie wyniku, daty oraz składów rywalizujących drużyn. Nie mogło zabraknąć oczywiście spotkania z AC Milan z 2005 roku, ale to dopiero rozdział ostatni, nie wszystkie bowiem mecze dotyczą czasów, które ktokolwiek z nas mógłby pamiętać.

Jeśli miałabym na siłę znaleźć wadę tej książki, to byłaby to stosunkowo niewielka ilość zdjęć i brak na nich mojego bohatera The Reds. To jednak jest czysto subiektywne odczucie, bo przecież Liverpool to nie tylko Gerrard. Genialna pozycja nie tylko dla fanów klubu z Anfield Road. Zdecydowanie polecam.