Odkąd sięgam pamięcią, zawsze lubiłam książki, w których ważną rolę odgrywa mama. A odkąd sama nią zostałam, publikacje tego rodzaju zaczęły zajmować w moim sercu miejsce szczególne. Dziś zebrałam tutaj nasze – to jest moje i córy – ulubione książeczki o mamach, jako że zbliża się jedno z najpiękniejszych świąt w roku. Jedne to wyciskacze łez, takie trochę bardziej dla mam niż dla dzieci, zwłaszcza młodszych, inne nieco smutne, jeszcze inne rozkoszne w ujęciu tematu czy traktujące postać mamy na równi z innymi. Ale wszystkie ukazujące wyjątkową relację, jaka łączy mamę i dziecko. Zaczynajmy!

„Kiedyś” Alison McGhee to  pierwszy i chyba największy wyciskacz łez, z jakim przyszło mi się spotkać nie tylko w przypadku książek dla dzieci, ale literatury w ogóle. Niewielka ilość tekstu jest w pełni zrekompensowana ładunkiem emocjonalnym, jaki w niego przelano. Historia dotyczy tego, jak malutka córeczka dorasta i jak postrzega ją własna mama, która w końcu stanie się babcią. Niby nie jest to jakiś wybitnie oryginalny motyw, ale ujęty w taki sposób, że nie potrafię tej książki przeczytać bez płaczu. Nawet gdy ostatnio moja córa przyniosła ją jako lekturę do drzemki, od momentu wyprowadzki z domu wyłam do samego końca, a Zosia tylko na mnie dziwnie patrzyła. Całości dopełniają piękne, delikatne ilustracje.

„Mama” Hélene Delforge to drugi i obiecuję, że już ostatni wyciskacz łez w dzisiejszym zestawieniu. Książka trafiła w nasze ręce dziś i od razu zabrałyśmy się za lekturę, bo byłam jej strasznie ciekawa po tylu dobrych opiniach, z jakimi się spotkałam. I muszę przyznać, że nie rozczarowałam się! Tutaj tekstu jest sporo, przekaz zresztą też taki, że jest to raczej książka dla starszych dzieci. Ale jakże piękna! Pokazuje ona różne oblicza macierzyństwa, w rozmaitych kulturach i sytuacjach życiowych, z różnym odbiorem społeczeństwa, ale zawsze wysuwając na pierwszy plan cudowną relację łączącą mamę i jej pociechę. No i te ilustracje! Takie, które pokazują, że ta więż jest tak samo mocna na całym świecie, bez względu na uwarunkowania kulturowe czy sposób życia.

„Miłość” Astrid Desbordes to kolejna publikacja z rodzaju tych, przy których ciepło się robi na sercu, ale w odróżnieniu od dwóch powyższych potrafię ją przeczytać bez używania chusteczek. Co wiecej, tę książkę – jak i całą serię – bardzo lubi już moja dwudziestomiesięczna córa, choć kupowałam ją z myślą, że jest mocno na wyrost. Tekstu nie jest dużo, ale za to jaki! Pewnego dnia główny bohater, mały chłopiec imieniem Archibald, zadaje swojej mamie pytanie: czy będzie go kochać już zawsze? A mama udziela na to wyczerpującej, przepięknej i bardzo prawdziwej odpowiedzi.

„Kochana mamusia” Agnieszki Frączek to z kolei publikacja, która mnie jakoś specjalnie nie urzekła, za to moją Zosię jak najbarddziej. Tutaj mamy do czynienia z opisem mamy oczami dziecka, a całość ubrana jest w rymowany tekst i wdzięczne ilustracje. Mama oczywiście przedstawiona jest w samych superlatywach. I niby nie mam się do czego przyczepić, ale chyba po prostu pozostałe książki z naszych zbiorów w tej tematyce tak wysoko postawiły poprzeczkę, że ta na rzuca mnie na kolana. Umieszczam jednak w zestawieniu, bo – jak wspominałam – córa ma do niej zupełnie odmienny stosunek.

„Mamo, kocham Cię” wydawnictwa Wilga to bardzo urocza opowieść o tym, jak mały króliczek spędza dzień w towarzystwie mamy – od rana do wieczora. I choć jest to może nieco wyidealizowany obraz, to nie da się ukryć, że chwyta za serce. Lubimy obie – i ja, i córa. Za tekst, ale także za piękne ilustracje.

„Kocham” z serii „Krok po kroku” – w tej książeczce niewielkich gabarytów mamy co prawda do czynienia nie tylko z relacją na linii mama-dzieci, bo jest tu miejsce dla wszystkich domowników, dalszej rodziny i przyjaciół, niemniej jest także o mamie i to w sposób co najmniej rozkoszny. Zresztą obraz tej sympatycznej rodzinki podoba mi się w całej serii, którą czytamy codziennie.

„Jak mama została Indianką” Ulfa Starka to już nie jest słodka bajeczka glorygfikująca mamę. Jest życiowo, ale też z morałem. Tutaj babcia pali papierosa, a mama dopiero po dniu spędzonym na zabawie z synem uświadamia sobie, że… dawno nie miała takiego dnia, że dorosłe życie i natłok obowiązków sprawia, że czasem nie mamy nawet czasu na to, co najważniejsze – na bycie razem.

„Nie trzeba słów” Armando Quintero to książka, którą można by podpiąć pod wiele tematyk, włącznie z dźwiękami wydawanymi przez różne zwierzęta, ale dla mnie to przede wszystkim opowieść o tym, że mama lub szerzej – ktoś bliski – potrafi powiedzieć, że kocha na różne sposoby, nie zawsze używając do tego słów. Za przykład służą dwie żyrafy – mama żyrafa i mała żyrafka, które nie posiadają głosu, ale potrafią wyznać swoje uczucia, przytulając się swoimi długimi szyjami.

A wy, macie swoje ulubione tytuły o takiej tematyce?