Jakiś czas temu dostałam propozycję zapoznania się z książką opowiadającą o tym, co młoda dziewczyna, przyszła adeptka sztuki lekarskiej, przeżyła na wolontariacie w Zambii. I w zasadzie te dwa słowa słowa – „wolontariat” i „Zambia” wystarczyły, by mnie skusić. Kiedy jeszcze dysponowałam czymś takim jak „czas wolny”, tj. przed ślubem i macierzyństwem, ochoczo brałam udział w różnego rodzaju wolontariatach. Były to jednak organizacje lokalne. Ale Zambia? Trzeba mieć w sobie mnóstwo odwagi i siły, by porwać się na coś takiego i dlatego byłam ciekawa, jak to wygląda z perspektywy uczestnika takiej wyprawy.

Na początku założyłam, że skoro autorka jest lekarzem, to w książce zastanę mrożące krew w żyłach opisy warunków, w jakich przyszło jej pomagać tamtejszym ludziom. I owszem, to wszystko było, ale… to stanowiło jedynie wierzchołek góry lodowej. Agnieszka Goleniowska postanowiła wyjść naprzeciw także tym czytelnikom, których kwestie medyczne nie bardzo interesują. Dzięki temu poznajemy Zambię, a raczej jedną z jej biedniejszych części, od podszewki. Razem z bohaterkami tej wyprawy zaglądamy w każdy kąt miejsca, gdzie przyszło im przez jakiś czas żyć. Widzimy, jak wielkie wydarzenie wśród miejscowej ludności stanowi fakt, że „Biali” wysiedli ze swoich aut i bratają się z „tubylcami”. Poznajemy ich desperację, gdy pragną wyrwać się z ubóstwa i proszą, by zabrać ich do Polski. A gdy prosi dziecko, trudno jest przecież odmówić, zwłaszcza takie dziecko, które nie zna lepszego życia niż bieda, głód i brud wokół…

Autorka często wspomina o tym, jak postrzegają kościół i religię zambijscy chrześcijanie. Ich msza święta to zupełnia inna bajka od tego, co mamy u nas co niedzielę. Tam ludzie tańczą, śpiewają, grają na bębnach, a huczne modlitwy trwają niejednokrotnie cały dzień. Zaciekawiła mnie także kwestia postrzegania rasizmu przez Zambijczyków (i chyba wszystkie nacje afrykańskie). Agnieszka Goleniowska pisze o tym, że dla mieszkańców Czarnego Lądu nie jest obraźliwe określenie „Czarny”, to po prostu stwierdzenie faktu, ktoś jest czarny, ktoś inny biały, więc dlaczego nie nazywać rzeczy po imieniu? I jak się tak nad tym głębiej zastanowić, to jest w tym sporo racji, to my sami utrudniamy sobie życie wyszukiwaniem negatywnych skojarzeń i intencji tam, gdzie ich nie ma.

„Mzungu. Opowieści z Zambii” to lektura, która pozwoli na chwilę przenieść się w ten odległy zakątek świata i zmierzyć się zarówno z jego problemami, jak i pięknem i radością, jaką ludzie potrafią odczuwać tak po prostu, ciesząc się z małych rzeczy. To także zapis refleksji autorki na temat tego, czy pomoc, jaką reszta świata oferuje Afryce, rzeczywiście ma taki kształt, jaki powinna mieć, jeśli ma przynieść korzyści Afrykańczykom w dłuższej perspektywie. Czytałam z zaciekawieniem, choć bez wypieków na twarzy. To jedna z tych książek, które skłaniają do reefleksji na tematy, które na co dzień spychamy gdzieś tam głęboko, skupiając się na własnym tu i teraz.