Przyznaję, że gdy otrzymałam propozycję zrecenzowania tej powieści i zapoznałam się z jej opisem, byłam bardzo ciekawa, jak poradził sobie autor z niełatwymi przecież tematami. Czy nie popadł w niepotrzebny patos? Czy nie potraktował po macoszemu zagadnień, na które się porwał? Wreszcie, czy udźwignął temat samotności i przemijania, wlewając w nie taki ładunek emocjonalny, który potrząśnie czytelnikiem i każe mu się zastanowić nad własnym życiem i jego ulotnością? „Do końca świata” to pierwsza książka w dorobku literackim Tomasza Maruszewskiego, więc nie miałam pojęcia, czego się spodziewać. Z drugiej strony – jeśli debiutujesz w jednym z najbardziej liczących się wydawnictw w kraju, to coś w tym musi być. I było.

Książka opowiada o losach Jerzego, mężczyzny, który ostatnie lata swojego życia poświęcił pracy i tajnemu projektowi, nad którym pracował wraz z kilkoma zespołami we własnym instytucie. Z obawy przed knowaniami konkurencji o całości prac i ich przedmiocie wiedział tylko on sam. I już tym zabiegiem autor kupił sobie czytelnika, który od początku zastanawia się, co to za projekt, który ma niebawem wywrócić rynek do góry nogami. W dodatku dowiadujemy się, że Jerzemu nie zależy na zarobku i zamierza on sprawić, by produkt finalny jego wieloletnich starań był powszechnie dostępny. Zaciekawieni? Ja też się połknęłam haczyk!

Głównego bohatera poznajemy w niełatych dla niego chwilach, kiedy to z pomocą syna i przyjaciela próbuje wyjść z ciężkiej depresji. I tu kolejny punkt dla autora, który przez kilkadziesiąt stron nie zdradza, co było powodem złego stanu psychicznego, w jakim znalazł się Jerzy. W trakcie lektury pomstujemy na jego krnąbrnego syna, że na czym ten świat stoi, gdy już nawet dzieci nie mają szacunku do własnych rodziców. I nagle bach! Jak obuchem w przysłowiowy łeb! Okazuje się, że nic nie jest takie, jakim wydawało się jeszcze przed chwilą. A takich momentów w książce jest całkiem sporo, za co szczere wyrazy uznania z mojej strony.

Na uwagę zasługuje również warsztat autora. Książka jest napisana w sposób niesamowicie poprawny i wyważony, co – z racji mojego wykształcenia – doceniam. Nie jest to może styl najprostszy w odbiorze dla czytelnika, ale tutaj niemal każde zdanie niesie za sobą jakieś przesłanie. Coś, przy czym warto przystanąć na chwilę, by poddać to refleksji. Myślę, że autor jest bardzo dobrym obserwatorem rzeczywistości, a przy tym świetnie operuje słowem pisanym, w efekcie czego powstała lektura szalenie życiowa, intrygująca, pełna. Być może ktoś po odlożeniu jej na półkę zdejmie w końcu maskę i zacznie żyć, tak po prostu. Aż i tylko tyle.