Powiedzieć, że lubię picturebooki, to jak nic nie powiedzieć. Ja po prostu nie umiem przejść obok nich obojętnie. Gdy – jako typowy wzrokowieci i okładkowa sroka – wypatrzę jakąś ładną, wdzięczną oprawę i zajrzę do środka, a tam moim oczom ukażą się duże, piękne, kolorowe ilustracje, to muszę tę książkę mieć. Nawet nie zastanawiam się specjalnie nad tekstem, który poznaję zwykle dopiero w domu. Czasem obraz wyraża więcej niż tysiące słów, dlatego tak bardzo doceniam publikacje, w których dba się o warstwę wizualną. I jedną z takich książek jest właśnie „Nie bój się, Misiu!”.

To historia małego, odważnego zajączka, który nocą wychodzi z domu, by przegonić strasznego potwora zamieszkującego pobliski las. Jak wielkie musi być jego zdziwienie, gdy zamiast tego spotyka niedźwiedzia – owszem, wielkiego, ale też potwornie wystraszonego. Między naszymi bohaterami wykształca się coś w rodzaju przyjaźni od pierwszego wejrzenia, a gdy króliczek znajduje się w opałach, okazuje się, że miś także potrafi odnaleźć w sobie odwagę, by pomóc przyjacielowi.

Opowieść jest ciepła, wdzięczna, z budującym przesłaniem. Trochę co prawda bałam się motywu nocnej eskapady, na którą wybiera się zajączek, gdy mama zaśnie, ale z drugiej strony to dobry wstęp do rozmowy z dzieckiem na temat tego, jak takie wędrówki mogą się kończyć. W końcu książki są nie tylko do czytania, stanowią także doskonały przyczynek do debat na różne tematy, nie zawsze łatwe.

Ilustracje w tej książce zachwycają, zajmując zdecydowanie większą powierzchnię publikacji niż tekst. Przez to książka przyciąga wzrok, ale także potrafi go na sobie zatrzymać na dłużej. I to chyba właśnie jest magia picturebooków – obok takich ilustracji, w takiej ilości, nie można przejść obojętnie, dlateg poza tym, że warto je czytać dzieciom, które lubią to robić, to można także spróbować z tymi, które za czytaniem nie przepadają. Istnieją całkiem spore szanse na to, że pomysł chwyci. Zdecydowanie polecam!