Recenzję tej książki powinnam zacząć chyba od tego, że spodziewałam się po niej zupełnie czegoś innego – ot, lekka opowiastka o wspomnieniach z młodości utalentowanej tancerki. Nic z tych rzeczy! Wspomnienia są tutaj jedynie dodatkiem do ogromnego ładunku emocjonalnego, jaki niesie lektura – tak wielkiego, że… doprowadził on do łez mnie, osobę dorosłą z trzydziestką na karku.

Jak doszło do tego, że tonęłam w morzu łez przez dobre kilka minut, czytając tę książkę? Autor po prostu włożył w te wersy wszystko, co sprawia, że oczy zaczynają podejrzanie szczypać. Pochylamy się tutaj z troską i współczuciem nad staruszką, która w piekącym słońcu przemierza długą drogę, wytrwale zmierzając do celu. Dowiadujemy się, jak wielkie szczęście przyniosła swoim rodzicom oraz całej wiosce, pojawiając się na świecie – była prawdziwym cudem dla wszystkich. Następnie przemierzamy jej młodość naznaczoną ciężką pracą, ale też radością z tańca, w którym była najlepsza. Ubolewamy nad tym, że nigdy nie wyszła za mąż, choć bardzo pragnęła na własnym weselu zatańczyć najelepiej, jak potrafiła. Na końcu z kolei autor „zabija” nas tekstem, że mimo wieku… jej serce wciąż tańczy. No i weź tu człowieku nie płacz!

„Tańcz, Córko Księżyca!” to książka, w której radość przeplata się ze smutkiem, trud życia w afrykańskiej wiosce miesza się z hołdem składanym życiu poprzez taniec, śpiew i grę na bębnach. I nie wiem tylko, czy to pozycja dla dziecka, czy dla rodzica – najpewniej dla jednych i drugich. Moja Zosia jest jeszcze na mała na tę lekturę, ale poczeka ona na nią i sądzę, że zakocha się w niej tak, jak ja. Na razie to ja będę z pewnością co jakiś czas do niej wracać.

Piszę to z pełnym przekonaniem – to jedna z najlepszych książek, jakie wpadły w moje ręce w ostatnich latach i to bez względu na to, czy chodzi o literaturę dziecięcą, czy też skierowaną do starszego czytelnika. Książka kompletna, bez dwóch zdań!