Mike Tyson to taka osoba, obok której nie można przejść obojętnie. Jedni wychwalają go pod niebiosa, inni nienawidzą, ale u wszystkich wzbudza emocje, choć zupełnie różne. Ja widzę siebie gdzieś pośrodku – doceniam osiągnięcia i umiejątności, widząc także te gorsze przymioty charakteru, na który wpływ miało zapewne również niełatwe dzieciństwo – jak to zresztą u wielu sportowców światowej klasy bywa. Tytuł tej książki wskazywał na to, że znów będzie o Tysonie, który w dodatku nie szczędzi sobie komplementów. Tymczasem spotkało mnie w tej kwestii pozytywne zaskoczenie.

Owszem, to jest biografia Mike’a Tysona, ale zupełnie inna. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że Tyson stara się być tutaj postacią drugorzędną, na pierwszy plan spychając Cusa D’Amato, swojego trenera i mentora – kogoś, kto wyciągnął go z bagna, w jakim znalazł się już jako nastolatek, kogoś, kto dostrzegł w nim kogoś więcej niż młodocianego kryminalistę i podał pomocną dłoń. To jednak dopiero początek drogi, jaką wspólnie przeszli.

Tym, co mnie zaskoczyło, była świadomość Tysona, że nie urodził się mistrzem. Człowiek może mieć pewne predyspozycje i talenty, ale bycie najlepszym na świecie wymaga ciągłego treningu nie tylko fizycznego, ale także mentalnego. Droga na sam szczyt i udźwignięcie ciężaru bycia najlepszym to naprawdę sztuka. Wydaje się, że Mike Tyson dostrzega rolę, jaką spełnił w jego życiu i karierze Cus D’Amato.

To nie jest książka, która ma świadczyć o potędze Tysona, a przynajmniej nie tylko. To hołd złożony jednej z najbliżysych osób w jego życiu. To pamiątka po osobie, która ukształtowała Bestię. A że Mike nie szczędzi nam przy tym różnego rodzaju „smaczków” ze świata boksu z czasów jego kariery, to każdy sympatyk tej dyscypliny sportu znajdzie tu coś dla siebie.

Ciekawa, bo zaskakująca, inna, niż można by się spodziewać. Fajnie, że taka książka powstała. Pokazuje Bestię z trochę innej strony.