Zawsze trochę się boję, gdy przystępuję do lektury książki będącej kontynuacją, jeśli nie czytałam poprzedniej części. Tak było również z książką Niny Majewskiej-Brown, z której twórczością w „Żonie na zamówienie” spotkałam się po raz pierwszy. I muszę przyznać, że było to spotkanie udane – pierwsze, ale raczej nie ostatnie.

Zosia, główna bohaterka, samotnie wychowuje córkę po tym, jak wyrzuciła z domu niewiernego małżonka, którego przygarnęła jej matka (sic!), oskarżając o rozpad pożycia własną córkę (sic!). Ta toksyczna relacja jest z jednej strony smutna, bo Zofia zdaje się biernie przyjmować ciosy rodzicielki, walcząc z nią jedynie w myślach, ale z drugiej strony jest też komiczna, bo matka naszej bohaterki została wykreowana na postać irytującą, ale w tym irytowaniu zabawną. Sama nie wiem, jakim sposobem taki zabieg autorce się powiódł, być może to właśnie dzięki absurdalnym zachowaniom starszej z kobiet, która staje się przez to mniej rzeczywista. Trzeba przy tym zaznaczyć, że Zośka nie ma łatwo w życiu – niewierny mąż, toksyczna matka, praca z młodzieżą, która nie wydaje się być zainteresowana przyswajaniem wiedzy i teściowa, która zaczęła ją zauważać dopiero wtedy, gdy miała w tym interes (to dopiero jest irytująca postać!).

Wydawać by się mogło, że naszej bohaterce pozostało jedynie otworzenie sobie żył i czekanie, aż się wykrwawi. Jest jednak ktoś, kto sprawia, że Zośka dzielnie znosi kopniaki od losu i jakoś udaje jej się nie rozsypać. Tym kimś jest Pola, jej córka. I chociaż tutaj także nie zawsze jest łatwo, bo dziecię chore, a nie ma z kim go zostawić, bo kłopoty córki z koleżankami i tak dalej, to mimo wszystko Zosia jest doskonałym przykładem na to, jak wiele jest w stanie znieść kobieta dla swojego dziecka. To przesłanie, jako że sama jestem mamą, było dla mnie niezwykle ważne i budujące. My, matki, możemy dźwigać na swoich barkach cały świat, możemy przetrzymać wszystko i osiągnąć wszystko, a motorem napędowym działania są właśnie dzieci. I chociaż moja sytuacja życiowa szczęśliwie jest zupełnie inna niż ta głównej bohaterki, chociaż mamy inne temperamenty, a momentami potrafiłam się z nią nie zgadzać albo wyrzucać bierność, to solidaryzowałam się z nią i łączyłam w trudnych chwilach, bo robiła, co mogła dla dobra swojej córki.

„Żona na zamówienie” spełniła pokaładane w niej oczekiwania. Okazała się być ciepłą i zabawną opowieścią o codzienności kobiety, której przyszło się zmagać samej z rzeczami, z którymi zwykle zmaga się we dwójkę. Wzbudzała we mnie różne uczucia – od radości czy wzruszenia po irytację, a tak przecież ma działać literatura.